Emma spojrzała smutno na Davida, który właśnie osunął się na ziemię, pogrążony w smutku i cierpieniu. Dyskretnie odeszła na bok, aby mógł w spokoju pożegnać dziewczynę. Na pierwszy rzut oka widać było, że łączyło go z nią bardzo wiele. Szczerze mu współczuła, ale wiedziała, że i tak nic by ''z tego'' nie wyszło. Miłość Zer była zakazana i prędzej czy później Strażnicy zauważyliby ich relacje, pozbawiając oboje życia. Ten świat był okrutny, odbierając niektórym wszystko, a niektórym dając to, na co tylko mieli ochotę.
Jedynki miały w życiu tylko trochę lepszy los niż Zera, ale przynajmniej mogły mieć rodzinę, pracę, dom, godność... Kiedy Emma została wyrzucona z pracy (jeżeli firma nie miała pieniędzy na wypłaty, pozbawianie etatu zaczynała oczywiście od najniższych Numerów), przyłączyła się do koczowniczej społeczności Zer. Miała przyjaciół, którzy tak jak ona pragnęli pomóc Czarnoskrzydłym, więc życie wśród nich nie było takie złe. Martwiła się tylko o to, aby jej znajomi nie nabawili się kłopotów, przemycając dla niej leki, ubrania i różnorakie sprzęty.
Była jedną z najbardziej szanowanych osób we wspólnocie Zer. Dostała nawet zaszczytne prawo do zasiadania w gronie starszyzny, które stanowiło wyrocznię dla nich wszystkich. Był to wielki przywilej i oczywiście jedyny przypadek, by taka funkcja przypadła komuś innej cyfry. W końcu ich leczę, pomyślała w zadumie. Oparła się o próg budynku, obserwując młodych. David, nie zważając na Strażników mogących czaić się tuż za rogiem, położył się obok dziewczyny, trzymając ją za rękę. Zera koczujące na placu również wpatrywały się smutnymi oczami w tą scenę, ale żadne nie podeszło bliżej. Wiedziały, jak się zachować. Ranna oddychała coraz płycej, było widać, że męczarni nie zostało jej wiele. Krew przestała już wypływać z ran. Emma zauważyła, że nic nie zrobiła z feralnymi strzałami. Podniosła je i nożem odcięła groty od drewna. Bezużyteczne patyki wrzuciła do ognia, rozpalonego u niej zawsze, nawet w tak ciepły dzień jak dziś. Pospiesznie wrzuciła ostrza do swojej torby lekarskiej - nie mogła ryzykować, że ktoś je zobaczy. Usłyszała wiele zbliżających się kroków. Podbiegła do Davida. W tym momencie zza rogu wyszedł patrol Strażników. Kobieta dyskretnie kopnęła chłopaka w bok, który trzy sekundy później stał u jej boku, teoretycznie rozbudzony, ale jego mętne oczy tępo wpatrywały się w przestrzeń. Moment później spojrzał otępiale na dziewczynę, następnie na Emmę, aż w końcu dostrzegł grupę Numerów, zmierzającą ku nim. Jego rysy stężały. Takie ''odwiedziny'' nie były niczym niezwykłym. W tej części miasta Strażnicy robili obchód kilka razy dziennie.
- Nic im nie mów na jej temat - mruknął David, wyszeptując po chwili kilka niezrozumiałych dla Jedynki słów. Niespodziewanie się zgarbił. Kobieta wiedziała, co zrobił. Magia? Ale po co?, zapytała samą siebie. Instynkt kazał jej spojrzeć na ranną, która... już nie była ranna. Obrażenia i krew zniknęły.
- Witam państwa - powiedział jeden ze Strażników, uśmiechając się złośliwie. - Wpadliśmy z wizytą. - na dany znak jego towarzysze rozeszli się, szukając czegokolwiek, do czego mogliby się przyczepić, w ruinach. Dowódca popatrzył uważnie na Zera i ich widoczny ''dobytek''. W końcu spostrzegł Jedynkę, Davida i dziewczynę leżącą za nimi.
- Hej, Emmo! Widzę, że masz nową pacjentkę - zawołał, spokojnie do nich podchodząc. - Mogę wiedzieć, co jej dolega? - spytał, bacznie obserwując oboje.
- Zatruła się czymś, szukając jedzenia na wysypisku - wypalił chłopak. - Albo podczas jedze... - Strażnik przerwał mu, wymierzając potężny cios w twarz, od którego Zero się zatoczył, omal nie depcząc dziewczyny.
- Zamknij się, tępaku! - wrzasnęła Piątka, po czym uprzejmie kontynuował, zwracając się do kobiety. - Pytałem panią.
- On mówi prawdę. Zatrucie pokarmowe - odparła nieco drżącym głosem, zerkając w stronę Davida. - Już z tego nie wyjdzie.
- Ach tak? I bardzo dobrze, jedno mniej - mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha. - Chłopcy, jest coś?! - wykrzyknął do towarzyszy.
- Nie, panie Gordon! - odpowiedział po chwili jeden, zapewne jego zastępca.
- W porządku, wracajcie. - rozkazał dowódca, po czym symbolicznie ukłonił się Emmie, łypnął okiem na chłopaka i powoli się wycofał, znów obserwując Zera. Po chwili kontrola była już tylko kolejnym złym wspomnieniem.
- Wszystko dobrze? - kobieta podeszła do opadającego z sił Davida.
- Tak, nie martw się, to był tylko policzek - wymamrotał, przerywając działanie iluzji. Na jego koszulce ponownie wykwitły plamy zaschłej już krwi. Usiadł na ziemi, patrząc na jeszcze oddychającą ranną. Spojrzał przepełnionymi żalem oczyma w oczy Jedynki. Ukucnęła przy nim.
- Doskonale wiesz, że pomogłabym jej, gdyby miało się to szansę udać. - powiedziała cicho, jednocześnie czule głaszcząc go po twarzy. Przymknął powieki i chwilę później znów położył się przy dziewczynie. Emma nie mogła już nic dla niego zrobić.
wtorek, 8 kwietnia 2014
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
13
Nie obchodziły go zamarłe w powietrzu Numery, obserwujące go ze zdziwieniem i nie wiedzące, jak zareagować. Nie obchodzili go nawet Strażnicy, którzy mogli go w każdej chwili zauważyć. Po prostu o tym nie myślał. Nie myślał także o magii. W tym momencie liczyła się tylko ta lekka jak pióro dziewczyna, którą trzymał w ramionach. Zero, z której życie uciekało z każdym nerwowym i ciężkim uderzeniem jej serca. Miała znaczenie jeszcze siła jego skrzydeł i to, aby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie mógł pozwolić, aby teraz umarła. To byłoby wbrew wszystkiemu. Przeżyć dzieciństwo, przeżyć napad Gnębiarzy, przetrwać sześć lat w puszczy i zginąć od strzał? Absurd. David w ogóle nie brał tego pod uwagę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby zginąć. Nawet on nie miał mocy przywrócenia komuś życia. Znał jedną osobę, potrafiącą czynić cuda. Znał. Czas przeszły, pomyślał gorzko, usiłując powstrzymać łzy cisnące mu się do oczu. Smutek po stracie i strach przed kolejną nagle się połączyły. W głowie chłopaka zapanował kompletny chaos. Przyspieszył. Mógł liczyć tylko na jedną osobę. Bardzo dobrze mu znaną. Był już nad miastem. Doskonale wiedział, gdzie się skierować. Zanurkował w jakąś pustą uliczkę. Wybiegł na zatłoczoną drogę i, zwinnie omijając przechodniów, popędził do celu. W końcu trafił na owalny plac, otoczony ruinami kamienic. Stał tam zawsze patrol Strażników, ale David przemknął obok nich zbyt szybko, by zauważyli strzały wbite w coraz bardziej marniejącą Hestię.
- Gdzie Emma?! - wydusił do stojącego najbliżej Zero, który natychmiast wskazał mu drogę.
- David? O mój Boże... - mruknęła kobieta, wyłaniając się ze stojącego jeszcze budynku. - Połóż ją tutaj. Nie mamy czasu - dodała pospiesznie. Chłopak delikatnie położył dziewczynę na derce. Emma grzebała w swojej torbie. Była lekarką Zer. Jedyną. Leki, strzykawki i inne rzeczy zdobywała od kilku znajomych pielęgniarek, które współczuły Zerom; kiedyś była jedną z nich, na ręce bowiem nosiła cyfrę Jeden. Miała jeszcze drugie źródło: kiedy Rząd postanawiał o przeniesieniu miejsca produkcji z jednej fabryki do drugiej, w tej pierwszej zostawało wszystko. Sprzęt, wyprodukowane rzeczy, opakowania... Nikomu nie chciało się sprzątać. David podejrzewał, że był to pewien ukłon Rządu w stronę Czarnoskrzydłych. Wyższe Numery były zbyt głupie i zadufane w sobie, by to zauważyć. Kiedy opuszczono zakład wytwarzający leki, Zera odetchnęły. Panowała wtedy wielka zaraza i Numery ginęły na potęgę. Oficjalny powód zamknięcia fabryki? Zbyt duże zanieczyszczenie wewnątrz, któremu nie da się zaradzić. A leki muszą być przecież sterylne, nieprawdaż? Sprytne, sprytne, myślał kiedyś ironicznie chłopak. Teraz stał nad posłaniem, cały drżąc. Kobieta nadal szukała czegoś w torbie.
- Masz - rzuciła mu żel odkażający skórę i strzykawkę z zawartością. Domyślił się, że to morfina i czym prędzej zdezynfekował ręce i miejsce wkłucia. Znał się na tym, często pomagał Emmie w dawnych czasach. Pewnym ruchem zaaplikował Hestii lek. Dasz radę, myślał cały czas. Zerknął na strzały. Jedna tkwiła w jej boku, druga w klatce piersiowej, niebezpiecznie blisko serca...
Emma odsunęła go na bok i zaczęła badać dziewczynę stetoskopem. Wreszcie powolnym ruchem odłożyła słuchawki i wyszarpnęła z jej ciała oba pociski.
- David... - popatrzyła mu w oczy. - Strzały przebiły płuco i prawdopodobnie nerkę albo wątrobę. Do tego straciła dużo krwi. Nie da się nic zrobić. - chłopak patrzył na nią z niedowierzaniem. - Tak mi przykro... - wyszeptała jeszcze, ale Zero tylko stał w otępieniu, nie słysząc jej. Zamknął oczy i nagle osunął się na kolana. Ukrył twarz w dłoniach. Nie płakał, matka nauczyła go, by nie okazywał słabości. Po chwili spojrzał na Hestię. Jeszcze dychała. Odgarnął jej delikatnie kosmyk kruczoczarnych włosów z twarzy i pogłaskał jej blady policzek wierzchem dłoni. Dotarło do niego, że Jedynka oddaliła się, aby mógł się pożegnać. Dziewczyna oddychała coraz słabiej. Nieruchoma i biała jak ściana, wyglądała jeszcze piękniej. David musnął ustami jej czoło. Na nic więcej nie mógł sobie pozwolić. Położył się obok, łapiąc Hestię za zimną dłoń. Nie zauważył, kiedy zasnął.
- Gdzie Emma?! - wydusił do stojącego najbliżej Zero, który natychmiast wskazał mu drogę.
- David? O mój Boże... - mruknęła kobieta, wyłaniając się ze stojącego jeszcze budynku. - Połóż ją tutaj. Nie mamy czasu - dodała pospiesznie. Chłopak delikatnie położył dziewczynę na derce. Emma grzebała w swojej torbie. Była lekarką Zer. Jedyną. Leki, strzykawki i inne rzeczy zdobywała od kilku znajomych pielęgniarek, które współczuły Zerom; kiedyś była jedną z nich, na ręce bowiem nosiła cyfrę Jeden. Miała jeszcze drugie źródło: kiedy Rząd postanawiał o przeniesieniu miejsca produkcji z jednej fabryki do drugiej, w tej pierwszej zostawało wszystko. Sprzęt, wyprodukowane rzeczy, opakowania... Nikomu nie chciało się sprzątać. David podejrzewał, że był to pewien ukłon Rządu w stronę Czarnoskrzydłych. Wyższe Numery były zbyt głupie i zadufane w sobie, by to zauważyć. Kiedy opuszczono zakład wytwarzający leki, Zera odetchnęły. Panowała wtedy wielka zaraza i Numery ginęły na potęgę. Oficjalny powód zamknięcia fabryki? Zbyt duże zanieczyszczenie wewnątrz, któremu nie da się zaradzić. A leki muszą być przecież sterylne, nieprawdaż? Sprytne, sprytne, myślał kiedyś ironicznie chłopak. Teraz stał nad posłaniem, cały drżąc. Kobieta nadal szukała czegoś w torbie.
- Masz - rzuciła mu żel odkażający skórę i strzykawkę z zawartością. Domyślił się, że to morfina i czym prędzej zdezynfekował ręce i miejsce wkłucia. Znał się na tym, często pomagał Emmie w dawnych czasach. Pewnym ruchem zaaplikował Hestii lek. Dasz radę, myślał cały czas. Zerknął na strzały. Jedna tkwiła w jej boku, druga w klatce piersiowej, niebezpiecznie blisko serca...
Emma odsunęła go na bok i zaczęła badać dziewczynę stetoskopem. Wreszcie powolnym ruchem odłożyła słuchawki i wyszarpnęła z jej ciała oba pociski.
- David... - popatrzyła mu w oczy. - Strzały przebiły płuco i prawdopodobnie nerkę albo wątrobę. Do tego straciła dużo krwi. Nie da się nic zrobić. - chłopak patrzył na nią z niedowierzaniem. - Tak mi przykro... - wyszeptała jeszcze, ale Zero tylko stał w otępieniu, nie słysząc jej. Zamknął oczy i nagle osunął się na kolana. Ukrył twarz w dłoniach. Nie płakał, matka nauczyła go, by nie okazywał słabości. Po chwili spojrzał na Hestię. Jeszcze dychała. Odgarnął jej delikatnie kosmyk kruczoczarnych włosów z twarzy i pogłaskał jej blady policzek wierzchem dłoni. Dotarło do niego, że Jedynka oddaliła się, aby mógł się pożegnać. Dziewczyna oddychała coraz słabiej. Nieruchoma i biała jak ściana, wyglądała jeszcze piękniej. David musnął ustami jej czoło. Na nic więcej nie mógł sobie pozwolić. Położył się obok, łapiąc Hestię za zimną dłoń. Nie zauważył, kiedy zasnął.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)