poniedziałek, 18 stycznia 2016

17

- Nemezis. - powiedział David. Oczy Emmy rozszerzyły się ze zdziwienia. 
- Powtórz, albo w to nie uwierzę - szepnęła.
- Nie wiem, jak to się stało, ale Hestia jest Nemezis.
- Ale On nie żyje... Sama widziałam, jak Seth wbił mu sztylet w samo serce... Zawsze mówił, że tylko On jest i zawsze będzie...
- Wiem - przerwał jej chłopak. - Właśnie dlatego to oznacza, że On nie umarł. - po policzku kobiety spłynęła samotna łza. Spojrzała Davidowi w oczy i wzięła jego dłoń w swoje ręce.
- Musisz Go odnaleźć. Tylko on jest w stanie odmienić ten świat.
- Jak widać, teraz już nie tylko on - bąknął Zero z przekąsem, przypominając sobie walkę Hestii w lesie. To dlatego tak dobrze jej szło...
- Czy ona o tym wie? - spytała Jedynka. Potrząsnął głową.
- I tak by tego nie zrozumiała... a nie mogę ryzykować, że to wyjdzie na jaw. Teraz musimy ją ukryć i spróbować Go znaleźć... - David mimowolnie się uśmiechnął. Nie mógł uwierzyć, że to rzeczywiście może być prawda. 
- No dobrze, a teraz wracaj do niej. Widziałeś, w jakim była stanie - mruknęła Emma i odeszła do swojego kąta. Chłopak postał jeszcze chwilę w miejscu, zastanawiając się nad całą sytuacją.
- David! - usłyszał cichy krzyk. Natychmiast pobiegł do kobiety. Spojrzał jej pytająco w oczy.
- Hestia zniknęła...

* * *

Miasto było ciche. Słońce dopiero co wstało, Numery nie zdążyły się jeszcze obudzić. Hestia wdychała rześkie powietrze, myśląc o tym, jak bardzo rozkoszowałaby się tą chwilą, gdyby nie była w sytuacji, w jakiej się znalazła. Musiała wykorzystać ten bezruch do ucieczki. Starała się biec tak, aby nie poruszyć najmniejszego kamyczka na drodze. Jej broń zasłaniała tylko szarobrunatna opończa, bezużyteczna w pomarańczowej scenerii miasta. Oddział Strażników zobaczyła do tej pory tylko raz, prawie dostając zawału, gdy wyłonili się z uliczki obok. Na szczęście szybko uciekła. Problemem dziewczyny było to, że kompletnie nie znała tej części miasta. Nie wiedziała, w którym kierunku iść, aby dotrzeć do lasu. Poza tym, przed linią drzew zawsze stały Straże. Nie miała pojęcia, jak między nimi przemknąć. Miała nadzieję, że coś wykombinuje po drodze. Kilka minut błąkania się w ciasnych alejkach później podjęła decyzję. Musiała zobaczyć, w którą stronę musi się kierować. Nie mogła sobie biegać na ślepo do czasu, aż Numery się obudzą i zaczną zapełniać ulice. Rozejrzała się i podeszła do budynku obok. Zaczęła się wspinać. Było to o wiele trudniejsze niż wspinanie się po drzewach; miejsc, gdzie mogłaby się oprzeć było zdecydowanie mniej. Raz prawie spadła, ale udało jej się wejść na samą górę; rychło w czas, ponieważ minutę później zza rogu wychylił się oddział Straży. Hestia odetchnęła głęboko. Zobaczyła wyraźnie linię lasu, a po drugiej stronie kilka kominów fabryk. No i dzielnicę bogaczy... Lśniła w słońcu, oślepiając oczy Zero śnieżnobiałym blaskiem. W świecie Dziesiątek wszystko musiało być białe, nawet ich domy. Odwróciła wzrok w stronę znajomej i kojącej myśli zieleni. Nagle zauważyła coś niepokojącego. W powietrzu unosił się Numer. W dodatku było to Zero. Co ono sobie myśli? Mknęło bezgłośnie tuż nad budynkami, kierując się w stronę drzew. Nagle skręciło i Hestia straciła je z oczu. Dziwne, pomyślała i zaczęła schodzić z dachu. Chwilę później była już na dole. Rozglądając się czujnie, podjęła wędrówkę, wyczulona jeszcze bardziej na najmniejszy odgłos. Niespodziewanie nad miastem rozległ się ciężki, donośny dźwięk dzwonu; Hestia musiała aż zakryć uszy. Wiedziała, co to oznacza. Znaleźli ciała. Znaleźli ciała Numerów, które zabiła. Spanikowana zaczęła biegnąć przed siebie, prawie nic nie widząc przez cisnące się do jej oczu łzy. Niedbale otarła je rękawem i wtedy ich zobaczyła. Dwóch Strażników, dokładnie przed sobą. Pojawili się znikąd i dziewczyna była pewna, że mają tylko jeden cel. Gwałtownie wyhamowała, wzbijając tuman kurzu z drogi. 
- Wszystkie Zera mają rozkaz natychmiast poddać się do kontroli, bez żadnych oporów - powiedział jeden z nich donośnym głosem. Zaczęli się zbliżać. Hestia nie wiedziała, co robić. Odwróciła się. Za jej plecami dwoje innych już odgrodziło jej drogę ucieczki. Mimowolnie jęknęła. 
- Jest uzbrojona! - ostrzegła Strażniczka tych z przodu. Zaczęli biec. W Zero znowu wstąpiła ta niewytłumaczalna siła, która kazała jej walczyć poprzedniego dnia. Błyskawicznie zrzuciła opończę i wyciągnęła nóż. W ostatniej chwili wyprysnęła w górę. Strażnicy niemal zderzyli się ze sobą, ale nie byli tacy głupi. Wylądowała lekko obok, natychmiast wyciągając strzałę z kołczanu, ale Numery były szybsze. Przywaliła pierwszemu drzewcem łuku w twarz, Strażniczkę dźgnęła grotem w brzuch. Momentalnie zarzuciła łuk na plecy i podniosła upuszczony wcześniej nóż, z rozpędu raniąc kolejnego w udo. Znowu poderwała się w powietrze, nie dając się okrążyć. Tym razem udało jej się wystrzelić strzałę; pocisk utkwił w gardle lecącego do niej Strażnika. Wylądowała ponownie, bez mrugnięcia okiem ostatecznie unieszkodliwiając tego, któremu wcześniej przyłożyła w twarz. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie. Zostało jeszcze dwoje. Patrzyli na nią ze strachem, ale nie zamierzali się poddać. 
- Będziesz martwa - syknęła Strażniczka. 
- To chodź i mnie zabij - mruknęła, patrząc jej w oczy. Rozejrzała się szybko; na ulicy nadal nie było nikogo więcej. Zrozumiała swój błąd, kiedy Strażnicy zaczęli krzyczeć, wzywając pomoc. Biegnąc, rzuciła ostrzem, które wbiło się w serce jednego z Numerów; zanim zdążył upaść, wyciągnęła je z jego piersi i poderżnęła gardło Strażniczce. Znowu nastała cisza, jednak widziała już skierowane w siebie spojrzenia z wielu, wielu okien. Nie zastanawiając się długo, wytarła nóż w strój jednego z poległych, podniosła opończę i prysnęła z miejsca zbrodni, jak najszybciej mogła. Kluczyła między domami, zatrzymując się tylko wtedy, kiedy zauważała Straże. Widziała już linię drzew, kiedy jakaś niewytłumaczalna siła unieruchomiła jej ciało i uderzyła nią o ścianę budynku tak mocno, że Hestii aż zabrakło tchu w piersi. 

sobota, 16 stycznia 2016

16

Davida aż zamroczyło. Musiał się oprzeć o stertę gruzu obok i wziąć parę głębokich oddechów. W tym czasie jego myśli wirowały jak szalone. Czy to było realne? Czy może nadal śnił? A może to jakieś omamy? Potrząsnął głową i ponownie spojrzał w stronę, z której dochodził głos. W wejściu do budynku pojawiła się twarz Hestii.  
- David? - szepnęła niepewnie. Chłopak rozejrzał się i szybko wszedł do ciemnej klatki schodowej. Wziął dziewczynę w ramiona.
- Jakim cudem... - wystękał. Hestia niepewnie odwzajemniła uścisk. W tym momencie Davida odrzuciło do tyłu, jakby ktoś poraził go prądem. Gruchnął o ziemię. 
- Cholera, David? Wszystko w porządku? - jęknęła dziewczyna. Zero nie wydał z siebie żadnego dźwięku, na jego twarzy malowało się tylko niedowierzanie. Spojrzał na Hestię. Patrzyli sobie w oczy kilka sekund. 
- Chodź - mruknął w końcu, sprawnie podnosząc się z podłogi i biorąc dziewczynę za rękę. Wyszarpnęła się. Popatrzyła na chłopaka z przerażeniem. 
- Mówiłam Ci, że nie chcę wracać do miasta... Jak ja się w ogóle tutaj znalazłam?
- Nic nie pamiętasz? - mruknął David, zaskoczony. Hestia potrząsnęła głową. - Zostałaś ranna. Strażnicy postrzelili Cię w lesie. Tutaj mam znajomą, która mogła Ci pomóc... 
- Ale ja nie mam żadnych ran - Zero popatrzyła na niego podejrzliwie. Chłopak do niej podszedł.
- Nie bój się - mruknął i podwinął koszulkę dziewczyny. Zauważył małą bliznę tam, gdzie trafiła ją pierwsza strzała. - Spójrz. 
- Nic nie widzę, tu jest za ciemno. A wyjść stąd nie zamierzam - burknęła buńczucznie. David westchnął i mruknął kilka słów pod nosem. Nad jego dłonią pojawiła się mała kula światła. Hestia rzuciła mu niepewne spojrzenie, ale jeszcze raz przypatrzyła się swojej skórze. Sapnęła.
- Masz pewnie jeszcze jedną bliznę z boku, przy lewym płucu - szepnął chłopak. Sięgnęła palcami do miejsca wskazanego przez Davida. Zamarła. 
- O co tu chodzi? - spytała cicho. - Jeżeli to, co mówisz jest prawdą, to powinnam nie być w stanie ruszyć się na krok z tamtej leżanki...
Chłopak zastanawiał się, czy powiedzieć Hestii prawdę. Czy w ogóle zrozumiałaby, czym się stała? Czy umiałaby to ukryć? Wolał nie ryzykować. Przynajmniej na razie. 
- Uzdrowiłem Cię - powiedział. - Ale potrzebowałem do tego pomocy Emmy. Myślałem, że jestem za słaby, aby to zrobić, ale jednak się udało - uśmiechnął się słabo. W rzeczywistości uzdrowienie takich ran było niemożliwe. Prawie, szepnął głos w jego głowie, ale szybko przegonił niepotrzebne myśli. - Hestio, musimy się ukryć. Strażnicy nie znają Twojej twarzy, od razu domyślą się, że coś jest nie tak. Poza tym popełniliśmy zbrodnię... - usta Zero zaczęły drżeć. - Nie bój się - dodał szybko. - Ze mną jesteś bezpieczna. - chciał pogłaskać ją po policzku, ale wtem coś przerwało ich rozmowę.
- Co tu się dzieje? - w wejściu do budynku pojawiła się Emma z najbardziej zaskoczoną miną, jaką David miał okazję zobaczyć. Szybko dał jej do zrozumienia, że wyjaśni jej wszystko później.
- Cześć - mruknął do Jedynki. - Udało się, żyje - mruknął porozumiewawczo do kobiety. Uniosła tylko brwi, ale nic nie odpowiedziała. Pokazała im tylko, żeby szli za nią. Chłopak spojrzał na Hestię. - To była Emma. Nie martw się, jest naszym lekarzem. Całkowicie jej ufam. - widać było, że dziewczyna nadal się wahała, ale niepewnie wyszła z budynku, od razu nerwowo się rozglądając. David szybko wdrapał się na wpół zawaloną ścianę, żeby zobaczyć, czy na placu nie ma żadnych podejrzanych osób. Na szczęście Zera nadal spały, a oddział Straży jeszcze się nie zjawił. Odetchnął głęboko i przemknął z Hestią między ruinami do kryjówki Emmy. Jedynka rzuciła im jabłko i paczkę jakichś wafli.
- Śniadanie - mruknęła i sama zabrała się jakąś bułkę z kawałkiem sera. Dziewczyna już miała się wgryźć w jabłko, ale chłopak zabrał jej owoc sprzed nosa i wręczył foliowe opakowanie.
- Musisz być silna - wymamrotał i usiadł na głazie obok. Zero popatrzyła na niego, po czym niepewnie rozpakowała podarunek. Nadal rozglądała się niespokojnie na każdy, nawet najcichszy szmer. 
- Co teraz zrobicie? - spytała Jedynka, patrząc bacznie na młodych. David zerknął szybko na Hestię i wstał. 
- Muszę porozmawiać z Emmą - zwrócił się do niej. - To zajmie tylko chwilę. Nie martw się, na placu są same Zera, a Strażnicy zjawią się w pobliżu dopiero za jakiś czas. - spojrzał na lekarkę, dając jej do zrozumienia, żeby poszła za nim. Ta westchnęła cicho, ale podążyła za chłopakiem. Schowali się przez ciekawskim wzrokiem Hestii za jakimś ogrodzeniem. Dziewczyna została sam na sam z kotłującą się burzą w głowie. Pytań było tak wiele, że miała ochotę krzyczeć. Po prostu chciała się stąd wydostać, ale czuła, że ucieczka bez pomocy Davida byłaby najgłupszym możliwym rozwiązaniem. Dlatego też podniosła się z głazu najciszej, jak potrafiła, i wróciła do opuszczonej klatki schodowej - zostawiła tam swój łuk i strzały, które wcześniej zdążyła znaleźć pod derką. Wybiegła na plac.

niedziela, 10 stycznia 2016

15

Davida męczyły koszmary. Koszmary o jego przeszłości. Pojawiły się w nich wszystkie błędy, jakie kiedykolwiek popełnił. Łącznie z ostatnim. Największym. Pozwolił, by ta niesamowita istota, którą postanowił za wszelką cenę chronić, zginęła. Gdyby nie ty, ona nadal by żyła, krzyczały głosy w jego głowie. A David krzyczał razem z nimi. Nie mógł znaleźć sposobu, aby dać upust rozpaczy i poczuciu winy. Do mętliku w jego głowie dołączył kolejny głos. Wrzask bólu. Dźwięk, który nękał Zero prawie w każdym złym śnie. Dźwięk, który rozpoznałby on wszędzie. David obudził się, nabierając głośno haust powietrza. Oślepiły go promienie wschodzącego słońca. Zamknął oczy. Tak bardzo nie chciał pamiętać zdarzeń poprzedniego dnia. Zorientował się, że w czasie snu puścił dłoń Hestii. Nie był pewien, czy chce ją ująć ponownie. Nie był pewien, czy chce jeszcze raz poczuć to lodowate, martwe zimno. Był na granicy płaczu. Uniósł powieki, zeszklonymi od łez oczami poszukując ręki dziewczyny. Po kilku sekundach uświadomił sobie, co widzi. A raczej czego nie widzi. Ciało Hestii zniknęło. David zerwał się z ziemi. Derka była pusta, pozostały jedynie ślady krwi. Do głowy przychodziło mu tylko jedno rozwiązanie: Strażnicy zabrali ciało. Zorientowali się, że Hestia była postrzelona, i zamierzają się dowiedzieć, dlaczego. To doprowadzi ich do mnie, przemknęło mu przez myśl. Ale nie dbał o to. Nie mógł się już powstrzymać. Zaczął głośno łkać, nie mogąc znieść myśli, że już nigdy nie zobaczy dziewczyny. Miał ochotę krzyczeć, aż zabraknie mu tchu w piersi, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Ukrył twarz w dłoniach; miał nadzieję, że nie obudzi żadnego z Zer koczujących na placu. Na szczęście w okolicy nie kręcił się żaden patrol Straży. Niespodziewanie poczuł uderzenie. Opanował się w jednej chwili, gotowy do walki, ale obok niego nikogo nie było. Rozejrzał się. Pustka. Nagle wyczuł, że coś się do niego zbliża; ktoś nauczył go tego dawno temu. Natychmiast wyciągnął przed siebie rękę, zatrzymując lecący kamień centymetry przed swoją dłonią. Popatrzył w kierunku, z którego przyleciał. Nie spało tam żadne Zero, była tam tylko na wpół zawalona ściana budynku. Pozwolił kamieniowi upaść bezszelestnie na ziemię. Na jego czoło wystąpiły kropelki potu; nawet tak mała czynność nadwyrężyła jego siły. Postanowił, że wstydzić się będzie później; zaczął skradać się w stronę ruin. Bezgłośnie wyciągnął swój nóż z ukrytej pochwy. Wziął głęboki wdech i skoczył za ścianę. Nikogo tam nie było. Usłyszał szelest za swoimi plecami i błyskawicznie się odwrócił. Kolejny kamień toczył się po połamanych płytach chodnikowych. David podniósł wzrok; w odległości kilku metrów widniało wejście do starej kamienicy. Podszedł do niego, starając się nie robić hałasu. W środku panowała ciemność. 
- Wyłaź, albo zginiesz. Jeżeli mnie znasz, wiesz, do czego jestem zdolny. - wysyczał przez zęby; nie zamierzał pakować się w tak oczywistą pułapkę.
- Znowu mi grozisz? - wyszeptał głos. Pod Davidem ugięły się kolana.