niedziela, 10 stycznia 2016

15

Davida męczyły koszmary. Koszmary o jego przeszłości. Pojawiły się w nich wszystkie błędy, jakie kiedykolwiek popełnił. Łącznie z ostatnim. Największym. Pozwolił, by ta niesamowita istota, którą postanowił za wszelką cenę chronić, zginęła. Gdyby nie ty, ona nadal by żyła, krzyczały głosy w jego głowie. A David krzyczał razem z nimi. Nie mógł znaleźć sposobu, aby dać upust rozpaczy i poczuciu winy. Do mętliku w jego głowie dołączył kolejny głos. Wrzask bólu. Dźwięk, który nękał Zero prawie w każdym złym śnie. Dźwięk, który rozpoznałby on wszędzie. David obudził się, nabierając głośno haust powietrza. Oślepiły go promienie wschodzącego słońca. Zamknął oczy. Tak bardzo nie chciał pamiętać zdarzeń poprzedniego dnia. Zorientował się, że w czasie snu puścił dłoń Hestii. Nie był pewien, czy chce ją ująć ponownie. Nie był pewien, czy chce jeszcze raz poczuć to lodowate, martwe zimno. Był na granicy płaczu. Uniósł powieki, zeszklonymi od łez oczami poszukując ręki dziewczyny. Po kilku sekundach uświadomił sobie, co widzi. A raczej czego nie widzi. Ciało Hestii zniknęło. David zerwał się z ziemi. Derka była pusta, pozostały jedynie ślady krwi. Do głowy przychodziło mu tylko jedno rozwiązanie: Strażnicy zabrali ciało. Zorientowali się, że Hestia była postrzelona, i zamierzają się dowiedzieć, dlaczego. To doprowadzi ich do mnie, przemknęło mu przez myśl. Ale nie dbał o to. Nie mógł się już powstrzymać. Zaczął głośno łkać, nie mogąc znieść myśli, że już nigdy nie zobaczy dziewczyny. Miał ochotę krzyczeć, aż zabraknie mu tchu w piersi, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Ukrył twarz w dłoniach; miał nadzieję, że nie obudzi żadnego z Zer koczujących na placu. Na szczęście w okolicy nie kręcił się żaden patrol Straży. Niespodziewanie poczuł uderzenie. Opanował się w jednej chwili, gotowy do walki, ale obok niego nikogo nie było. Rozejrzał się. Pustka. Nagle wyczuł, że coś się do niego zbliża; ktoś nauczył go tego dawno temu. Natychmiast wyciągnął przed siebie rękę, zatrzymując lecący kamień centymetry przed swoją dłonią. Popatrzył w kierunku, z którego przyleciał. Nie spało tam żadne Zero, była tam tylko na wpół zawalona ściana budynku. Pozwolił kamieniowi upaść bezszelestnie na ziemię. Na jego czoło wystąpiły kropelki potu; nawet tak mała czynność nadwyrężyła jego siły. Postanowił, że wstydzić się będzie później; zaczął skradać się w stronę ruin. Bezgłośnie wyciągnął swój nóż z ukrytej pochwy. Wziął głęboki wdech i skoczył za ścianę. Nikogo tam nie było. Usłyszał szelest za swoimi plecami i błyskawicznie się odwrócił. Kolejny kamień toczył się po połamanych płytach chodnikowych. David podniósł wzrok; w odległości kilku metrów widniało wejście do starej kamienicy. Podszedł do niego, starając się nie robić hałasu. W środku panowała ciemność. 
- Wyłaź, albo zginiesz. Jeżeli mnie znasz, wiesz, do czego jestem zdolny. - wysyczał przez zęby; nie zamierzał pakować się w tak oczywistą pułapkę.
- Znowu mi grozisz? - wyszeptał głos. Pod Davidem ugięły się kolana. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz