czwartek, 20 marca 2014

10

Skoczył i złapał się gałęzi. Psisko podążyło za nim, ale wystarczyło jedno celne kopnięcie, żeby je uziemić. Cholera. Strażnicy mieli łuki. I paralizatory. Niedobrze. Podciągnął się, wytężając wszystkie pozostałe siły. W ostatniej chwili uskoczył za pień, chroniąc się przed strzałami. Nie miał dużo czasu. Poczekał, aż Numery podbiegną odpowiednio blisko. Sięgnął po lianę i skoczył, wyłaniając się z drugiej strony drzewa. Powalił pierwszego z rzędu Strażnika, od razu zeskakując mu na twarz. Nie zdążył zareagować. Biedaczek. Chwycił nóż pewną ręką.
- Zginiesz, ty psie! Zabijemy cię najboleśniej, jak potrafimy! - żadnego ''poddaj się''. David uśmiechnął się pod nosem. Zachwiał się i Strażnik dziabnął go swoim długim ostrzem. Jęknął, ale zdołał go zranić. Skupił się. Poczuł krew wypływającą z brzucha. Nie bał się, wiedział, że nic mu nie będzie... Właśnie! Jaki jestem głupi... Mruknął parę słów i gwałtownie poczuł przypływ energii. Zaczął śmiercionośny taniec z Numerami. Ciął krótko i głęboko, ale Strażnicy byli nieustępliwi. Musiał się pospieszyć, wiedział, że sił nie wystarczy mu na długo. Będzie musiał potem zapłacić za to surową karę. Do tego dochodziły jeszcze dwa ogromne psiska, plątające się pod nogami i usiłujące go capnąć, ale wirował dla nich zbyt szybko. Nagle usłyszał świst i Strażnik za jego plecami upadł na ziemię. Drugi syk. Jeden ze Stalodogów pisnął i znieruchomiał. Następna strzała trafiła Numer, z którym miał najwięcej kłopotów. Chwilę miotał się w konwulsjach, ale był przegrany. Nagle ostatnie monstrum rzuciło się naprzód. David dopiero teraz dostrzegł kępę czerni ukrytą za chaszczami. 
- Nie! - krzyknął zrozpaczony, ale mógł tylko walczyć z pozostałymi Strażnikami. Zadawał mocne i szybkie ciosy i w sekundę rozprawił się z jednym. Odwrócił się i o mało co nie zachłysnął, kiedy ujrzał wirującą Hestię ucinającą bestii łeb. Do rzeczywistości przywrócił go żyjący (jeszcze), ostatni Strażnik. Musiał się rzucić na ziemię, bo inaczej sterczałby już na czubku ostrza. W tym momencie znikąd pojawiła się dziewczyna i błyskawicznie zadziała go na swój nóż. Podniósł się i w momencie kiedy miała się odwrócić i rozsiekać również jego na kawałki, wytrącił jej z ręki broń i obezwładnił, trzymając ją w stalowych objęciach. Jej oddech łaskotał mu nos. Był tak blisko jej twarzy... nie miał tyle odwagi. 
- Kurczę, niezła z ciebie sztuka. Jak to zrobiłaś? - wyzwoliła się z jego ramion. Na jej obliczu wymalowane było przerażenie. Popatrzyła z odrazą na swoje ręce, a potem na broczących jeszcze krwią nieboszczyków. Nogi same jej się ugięły. Klęczała teraz pośród połamanych kwiatów. 
- Co ja zrobiłam? - jęknęła. David podszedł do niej i złapał ją za ramiona. 
- Chodź. - szepnął. Była w kompletnym szoku. On zresztą też. Nigdy nie widział, by tak celnie strzelała bądź obchodziła się z nożem. Szczerze mówiąc, była raczej niezdarą. Dziewczyna pozostała głucha na jego prośbę. Kołysała się tylko w otępieniu, trzymając za głowę. Rozejrzał się nerwowo. W puszczy panowała absolutna cisza. Las zamarł. Nie na długo, pomyślał. Poczuł, że opuszczają go siły. Zaklął. Dziewczyna obróciła głowę. 
- Hestio, nie mamy czasu, bądź rozsądna. Posłuchaj, mam dziesięć minut. W tym czasie musimy znaleźć kryjówkę. 
- Jak... jak to dziesięć minut? - wydusiła z siebie.
- To skomplikowane. - podniósł z ziemi nóż Hestii i wytarł go o mech. Podobnie postąpił ze swoim. - Proszę. - wręczył klingę dziewczynie, ale ta niemal ze wstrętem odepchnęła jego rękę. Bez namysłu schował oba ostrza do swojej ukrytej pochwy. Ściągnął koszulkę i założył ją z powrotem, chowając skrzydła. - Nie masz jakiegoś płaszcza? - spytał ją. 
- Zostawiłam go razem z bagażem dosyć daleko stąd - wymruczała przytomnie. Jej oczy nadal błądziły po lesie. 
- Jest tam jakaś kryjówka? 
- Nie, ale strumień z czystą wodą już tak. Jest maleńki. A, i poziomki. - ważne, że to daleko. 
- Dobra, wstawaj. Niedługo miasto się zorientuje. - energia opuszczała go w równym tempie. - Pospieszmy się. - tym razem dziewczyna usłuchała. Podniosła się, cała dygocząc. Pobiegli w głąb lasu. 
- Prowadź - mruknął chłopak. Hestia przyspieszyła. Dotarli do celu kilkanaście minut później. Chłopak padł na ziemię, wykończony. 
- David! Co się stało? - doskoczyła do niego. 
- Muszę cię prosić o przysługę albo dwie - wystękał.
- Słucham.
- Musisz coś upolować. Coś pożywnego. Tracę siły. Obiecuję, że ci wszystko wyjaśnię, ale później. Postaraj się znaleźć schronienie. I opatrz mnie, dobrze? Przepraszam... - nastała ciemność. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz