niedziela, 9 marca 2014

4

David szedł przez las. Był zły na siebie, bo zostawił swój lampion w kraterze. To pierwszy powód. Drugim było doprowadzenie dziewczyny, jego pięknej nieznajomej, do takiego stanu. Śledził ją pół roku, codziennie znajdując godzinę lub dwie, aby przemknąć się do puszczy i obserwować ciemnowłosą Zero. Powinien znać ją na wylot, a tu proszę... taka niespodzianka. Nie mogłem przecież przewidzieć, jak się zachowa w relacjach z ludźmi, usprawiedliwiał się. I tak czuł się winny za jej wybuch płaczu.
Wzleciał w górę, najciszej jak się dało. Było ciemno i nie wiedział, gdzie znajduje się miasto. Nie chciał również ryzykować spotkania ze Strażnikami. Przecisnął głowę między małymi, ciasno splecionymi ze sobą gałązkami tworzącymi koronę drzew. Owionął go ciepły, letni wietrzyk. Niebo, bezchmurne, prezentowało kanonadę gwiazd. Miasto znajdowało się po jego lewej. Dym, nawet teraz wydobywający się z fabryki leków i innych rzeczy widocznie odcinał się szarym pasmem na granatowym tle. Westchnął, upajając się widokiem, i wrócił na dół. Podjął wędrówkę, ale nadal szedł niemal po omacku - drzewa szczelnie zasłaniały niebo. Nie było żadnego światła. Omal dostał zawału, gdy na coś wpadł. Pospiesznie wydukał jakieś słowo i nad jego ręką rozbłysło mętne światło. Jęknął. To, co stanowiło jego przeszkodę, okazało się trupem. Trupem młodzieńca. Młodzieńca o numerze Osiem. W jego udzie tkwiła na pół wyszarpnięta strzała. Obok ciała utworzyła się mała kałuża krwi. Oj...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz