niedziela, 9 marca 2014

5

Hestia trwała w pół-śnie przez resztę nocy, która jej pozostała. Targały nią koszmary o mieście, Alice i Felicii. Obudziła się, łapiąc haustami powietrze. Była zlana potem. Wyjrzała ostrożnie z jaskini. Pierwsze promienie słońca dzielnie przedzierały się przez splątaną koronę drzew. Już dawno po świcie, jęknęła w duchu. Złapała manierkę z wodą i gwałtownie wypiła większość płynu. Pomyślała szybko, co musi zabrać. Nie miała dużo dobytku. Chwyciła swój sklecony z jakiegoś grubszego materiału ''plecaczek'', zapakowała do niego koc, parę ubrań na zmianę, manierkę i swój skarb: złoty posążek jakiegoś Numeru, po czym jak mogła ukryła posłanie i resztę ubrań. Krytycznie popatrzyła na efekt końcowy, ale nie miała czasu na poprawki. Podniosła łuk i kołczan. Chwila moment. Kołczan był cięższy niż zazwyczaj. Zajrzała do środka i mimowolnie westchnęła. Na dnie leżały starannie zawinięte w liście dwa kawałki upieczonego królika. Jak on to zrobił..., pomyślała, marszcząc brwi. Mięso nie wydawało się zatrute ani nieświeże, więc powoli robiąca się głodna Hestia postanowiła nie być wybredna. Powoli wyszła z kryjówki. Wyczuliła zmysły, rozejrzała się. Narzuciła na ramiona swoją długą do kostek opończę kryjącą skrzydła i ją samą i rozpoczęła wędrówkę na południe, wgłąb lasu. Nigdy nie zapuszczała się dalej niż pięć kilometrów od miasta - nie było potrzeby. Teraz postanowiła to zmienić. 

1 komentarz: