sobota, 15 marca 2014

8

Krater był pusty. David patrzył z otępieniem w dół, ale to niczego nie zmieniało. Ostatni kawałek drogi przebył, słaniając się na nogach. Nie sądził, że wyczerpie siły tak szybko. Z grymasem na ustach podniósł się z klęczek. Nie miał pojęcia, gdzie jest dziewczyna. Stwierdził, że nie ma wyjścia. Zbierając resztki sił, z rozpędu wystartował w powietrze. Latanie w puszczy było bardzo trudne - skrzydła miały łącznie około trzech metrów rozpiętości. Wzbił się maksymalnie w górę, po czym zaczął szybować, oszczędzając energię. Ni stąd ni zowąt wpadł mu do głowy pomysł. Czemu nie pomyślałem o tym wcześniej?! Usiłował się skupić i wyszeptał kilka słów. Po chwili wiedział już wszystko. Otworzył oczy. Drzewo mknęło na spotkanie z jego twarzą. W ostatnim momencie wymanewrował w bok. Lądując, stwierdził, że zaryzykuje. 
- Hestia! Hestia, jesteś w niebezpieczeństwie! - wykrzyknął najgłośniej, jak umiał. Wiedział, że jest dosyć daleko od niego, ale dzięki zastosowaniu swoich umiejętności, miał pewność, że go usłyszy. Niespodziewanie w powietrzu rozległo się wycie. Psie, przerażające wycie. Odwrócił się, przestraszony nie na żarty. Miał prawo się bać - ku niemu zmierzało kilka postaci. Wyszarpnął swój długi, myśliwski nóż. Strażnicy nie byli sami. Prowadzili ze sobą trzy ogromne psiska. Stalodogi. Tylko tego mi brakowało. Dlaczego zacząłem wrzeszczeć jak jakiś idiota?! Strażnicy właśnie spuszczali potwory ze smyczy. Zauważyli czerń. David nie miał już siły uciekać. Praktycznie rzecz biorąc, nie miał siły na cokolwiek. Uśmiechnął się. Właśnie tak chciał umrzeć. Stalodogi pędziły ku niemu. Nie przestając się uśmiechać, w ostatniej chwili wyprysnął w górę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz