- David? David! - Hestia potrząsała chłopakiem, ale to nic nie dało. Zemdlał. Ona sama wciąż nie mogła uwierzyć w to, co zdarzyło się kwadrans temu. Przeszyły ją gwałtowne dreszcze, ale miała przeczucie, że musi natychmiast zrobić to, o co prosił ją chłopak. Najpierw opatrzenie. Podniosła mu koszulkę. Na brzuchu widniały dwa paskudne cięcia. Szukała dalej. Dwa na ramionach, w tym jedno głębokie. Draśnięcie w okolicach szyi. Rana kłuta w udzie. Jak on tu przybiegł?, pomyślała ze zdumieniem. Rozpoczęła poszukiwania. Szybkie poszukiwania, ponieważ krew nadal wypływała z ran. Przemyła je wodą i opatrzyła dokładnie gołozą i korą białorzębu. Nic innego nie udało jej się znaleźć. Związała wszystko porządnie kawałkami podartej koszuli i opadłych lian - miały najmocniejsze włókna. Przewróciła go na brzuch. Na szczęście okaleczenia były tylko z przodu. Odetchnęła. David oddychał bardzo słabo. Spróbowała go napoić. O dziwo, chłonął wodę jak gąbka. Połykał wszystko, jakby był przytomny. Spróbowała nakarmić go poziomkami, ale odzewu nie było. Westchnęła. Rozejrzała się w poszukiwaniu kryjówki. Niestety, oprócz głazów rozrzuconych po omacku i nielicznych krzaków las był równy i pusty. Chociaż nie, uświadomiła sobie. W tym miejscu puszcza 'eksperymentowała' z łagodnymi wzniesieniami. Okej. Dasz radę. Niechętnie wzięła swój nóż od Davida. Popatrzyła na ostrze z odrazą i czym prędzej schowała je za pazuchę. Wstała i ruszyła na polowanie, uprzednio taszcząc chłopaka za dość mizerną kępę krzaków. Narzucała na niego trochę przegniłych lian, zeszłorocznych liści i mchu. Pomyślała, że to musi wystarczyć. Spojrzała na niego ostatni raz, po czym stwierdziwszy, że wokół jest bezpiecznie, wybiegła w głąb lasu. Po półgodzinnej wędrówce wspięła się na drzewo i zaczęła czekać. Bezgłośnie naszykowała łuk i strzałę. Czuwała. Pojedyncze promienie słońca przebijały się przez zbite korony drzew. Puszcza o tej porze roku wyglądała cudownie. Zewsząd pachniało niezliczonymi aromatami kwiatów, miodu i zieleni. Hestia kochała tą atmosferę. Wychowała się w niej, spędzając samotnie dni. Wiedziała, że nikomu na niej nie zależy. Nawet Zera miały w mieście przyjaciół. Ona była wygnańcem. Powinna była już dawno zginąć. Samotna łza spłynęła jej po policzku. Otarła ją niedbale i skupiła się na polowaniu. Zauważyła jakiś ruch w kępie paproci. Naciągnęła cięciwę. Z zarośli wyskoczyła łasica. Strzał. Po tym, co zrobiła dzisiaj, wiedziała, że trafi. Zwierzę znieruchomiało. Zeskoczyła z drzewa, używając skrzydeł jak spadochronu, wyszarpnęła strzałę i podniosła truchełko. Łasica nie była zbyt duża. Musiała upolować coś jeszcze. Zarzuciła zwierzę na plecy i pomknęła dalej. Po jakimś czasie wróciła do Davida, taszcząc jeszcze młodego dzika, z którego była wyjątkowo dumna. Chłopak nadal był nieprzytomny. Musiała szybko go ocucić.
- David! Ocknij się! - zaczęła go klepać po policzkach. W końcu rozeźlona dała mu ostrego liścia w twarz. Poruszył się.
- David? Wszystko okej? - mruknęła zawstydzona.
- Wiem, że cię straszliwie wykorzystuję, ale musisz mi przygotować jedzenie. Przepraszam, ale bez tego nie przeżyję - wycharczał. - Tylko ty możesz mi pomóc. - popatrzył jej błagalnie w oczy i znowu odpłynął.
- Ej? O nie... - pisnęła, lecz nie mogła nic zrobić. Dała mu wody. Znowu wchłonął każdą kropelkę. Szybko zabrała się do oprawiania mięsa. Nawet z dzikiem poradziła sobie w okamgnieniu. Dzisiaj nic nie potrafiło jej już zdziwić. Usłyszała niepokojący szelest. Automatycznie skuliła się, skrywając pod płaszczem. Na szczęście okazał się to tylko zbłąkany ptak. Odetchnęła i zaczęła gromadzić drewno pod ognisko. Z trzech patyków zmajstrowała rożen. Usiłowała rozpalić ognisko tak, aby nie było zbyt dużo dymu, ale nigdy jej się to nie udawało. Zgłodniała, czując nęcący zapach pieczeni. Kiedy pierwszy kawałek mięsa był gotowy, chlusnęła wodą na twarz Davida.
- Wstawaj, śpiochu. - mruknęła. Otworzył oczy i z trudnością otarł wodę z twarzy.
- Jeść - niemal szepnął. Hestia wywróciła oczami, ale podczołgała się do niego i, uprzednio nadziewając na rożen następną część zdobyczy, zaczęła karmić chłopaka, odrywając małe kawałki mięsa i wsuwając mu je do ust. Milczeli oboje. Kiedy następna porcja była gotowa, mimo jego cichych protestów, aby sama go zjadła, powiedziała, żeby się zamknął i wepchnęła mu z rozpędu połowę udźca. Niemal się zakrztusił, ale był już w stanie usiąść. Wspólnie szybko dokończyli posiłek i zgasili ognisko, jak najlepiej je maskując.
- Chodź. - David wstał i podał rękę dziewczynie. Wyruszyli głębiej w las, poszukując schronienia. Podskakiwali na najmniejszy szelest wydawany przez poruszone dzięki nielicznym ptakom liście lub na odgłos spadającej, przekwitłej liany. W pewnym momencie chłopak zauważył ciekawą anomalię.
- Patrz. - wskazał palcem drzewo przed nimi. Było to jego trzecie słowo od odzyskania przytomności. Hestia podążyła wzrokiem w górę. Drzewo było nietypowe: prosty pień rozdzielał się tuż przed koroną w kilkanaście bocznych gałęzi. Wyglądało na idealną kryjówkę.
- Okej. - mruknęła. Wzbili się w górę. Do ''gniazda'' ciężko było się wcisnąć. Dziewczynie ledwo się to udało. Rzuciła na środek plecak i broń i opadła na jedno z odgałęzień. Napotkała spojrzenie Davida. Mierzyli się wzrokiem.
- Czemu zemdlałeś? - odważyła się w końcu zapytać. Spuścił wzrok.
- To skomplikowane. - bąknął.
- Mam dużo czasu. - prychnęła. Chłopak westchnął.
- Prawie nic nie jadłem od paru dni. - wyznał w końcu. - Musiałem skądś wziąć energię. - Hestia uniosła brew.
- Czyli?
- Użyłem magii, Hestio. - powiedział po chwili.
- Słucham? Żartujesz sobie? - zaśmiała się.
- Nie. Przybyło mi wtedy sił, ale potem musiałem za to zapłacić. Teraz jestem najedzony i mój organizm znów produkuje normalnie energię, ale gdybym wówczas nie dostał pożywienia, umarłbym. Chciałem ci bardzo podziękować. - popatrzył jej w oczy.
- To niewiarygodne - wydusiła z siebie.
- Wcale nie! - prychnął, uśmiechając się skrycie.
- Gdzie się tego nauczyłeś? A może umiałeś to od zawsze? - nie odpowiedział, za to po chwili zadał pytanie.
- A ty? Skąd masz takie umiejętności? Walczysz o niebo lepiej ode mnie, a ja trenuję praktycznie codziennie. Poza tym nie przejawiałaś takich talentów przez ostatnie pół roku. - Hestia poczuła się nieswojo. Brzmiało to jak wyrzut, chociaż ocaliła mu życie.
- Nie mam pojęcia. Sama się dziwię.
- Naprawdę? - w głosie chłopaka dźwięczało zaskoczenie.
- Tak. - zamyślił się.
- To niesamowite - mruknął w końcu.
- Co ty nie powiesz? - popatrzyła na niego spode łba.
- Co jest? - spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Nieważne. - David westchnął teatralnie.
- Kobiety... - dziewczyna prychnęła cicho.
- Nie znajdą nas tu? - szepnęła po chwili.
- Nie wiem, jest dzień, wszystko się może zdarzyć. Zastanawiam się, czy brnąć dalej w las, czy uciec do miasta.
- Nie mogę wrócić do miasta. - powiedziała jeszcze ciszej.
- Dlaczego?!
- To... to smutne. Ale sprawiedliwe.
- Ale co? - dociekał chłopak.
- Sześć lat temu... - odchrząknęła. - Sześć lat temu zdarzyło się coś strasznego. - ucichła na moment, ale po chwili zaczęła opowiadać dalej. - Miałam dziewięć lat. W swoim życiu miałam tylko jedną przyjaciółkę. Alice. Była śliczna, miała piękne, miedzianozłote włosy i niebieskie oczy... Któregoś dnia, późnym wieczorem, włóczyłyśmy się po Mineasie. Byłyśmy głupie i dziecinne, nie patrzyłyśmy na niebezpieczeństwo. W pewnym momencie zaczęła nas śledzić grupka chłopaków. Zanim się zorientowałyśmy, wylądowałyśmy w ślepym zaułku. - odetchnęła głęboko. No już, wmrugaj te łzy z powrotem, pomyślała. - Otoczyli nas. Mieli pałki i zaczęli z nas najpierw drwić, a potem coraz ostrzej i wulgarniej wyzywać. Byłam przerażona. Gdy zaczęli zastanawiać się, jak mogliby użyć swoich drągów, struchlałyśmy. Nagle do zaułku wpadł jeszcze jeden chłopak. Na uwięzi trzymał wściekłego Stalodoga. ''Znalazłem go!'', krzyknął, uradowany jakby dopiero co dostał prezent. Spanikowałam i wystrzeliłam w górę. Niestety... - łzy polały się po jej policzkach. - Alice nie zdążyła... Przytrzymali ją... Powiedzieli, że oberwie podwójnie, bo ja uciekłam... Patrzyłam na to wszystko z dachu budynku... Najpierw ją pobili, a potem... - zaczęła szlochać. - A potem spuścili go... spuścili to bydle ze smyczy... - rozpłakała się gwałtownie i głośno. David szybko przysunął się do niej i pozwolił, by łkała w jego pierś. Oplótł ich swoimi skrzydłami, mimo że nie było to proste zadanie. Po kilku minutach dziewczyna uspokoiła się.
- Nadal słyszę w snach jej krzyki. ''Hestia, pomóż mi!'', ''Hestia, ratuj!''. To mój koszmar. - wychrypiała z otępieniem, wczepiona w chłopaka.
- To ty jesteś tą słynną wygnańczynią.
- Słynną? - odchyliła się, patrząc mu w oczy.
- Twoją historię starszyzna opowiada wszystkim młodym. Jako przestrogę. Ale oni sądzą, że nie żyjesz.
- No to się pomylili. Daję sobie radę, jak widzisz. - burknęła, odsuwając się od niego.
- Ja i tak nie rozumiem, jak mogli wygonić z miasta dziewięcioletnią dziewczynkę. To... to okrucieństwo! - zbulwersował się David.
- Ja też byłam okrutna. Skazałam na śmierć najważniejszą osobę w moim życiu. - zaczęła zbierać swoje manatki. - Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli się teraz rozdzielimy. Ty uratowałeś mnie, a ja spłaciłam dług. Poradzę sobie. Wracaj do miasta.
- Odmawiam.
- Trudno. Wiodłam samotne życie, a ty się w nie wkopałeś z buciorami. Nie potrzebuję nikogo. - znów nałożyła swoją maskę obojętności.
- Szczerze? Wątpię - mruknął z przekąsem.
- A tak w ogóle to jak załatwiłeś tamtych Gnębiarzy? - rzuciła, przeciskając się przez mur z gałęzi.
- Oślepiłem ich.
- Bardzo ładnie. Na ile?
- Na zawsze. - powiedział bardzo cicho, powoli przenosząc wzrok na Hestię. Przeszedł ją zimny dreszcz. - Tobie też mogę to zrobić.
- Doprawdy? - powiedziała ironicznie, patrząc mu odważnie w oczy. Teraz już nie wierzyła, że mógłby jej zrobić krzywdę. Miała przeczucie, że zwyczajnie chce ją zatrzymać. Przecisnęła się i sfrunęła na dół.
- Tylko teoretycznie. - uśmiechnął się. Dziewczyna wywróciła oczami.
- Fajnie wiedzieć - rzuciła kąśliwie, ale nie ruszyła się z miejsca. Po chwili wahania zapytała jeszcze z bólem w głosie:
- Wiesz, gdzie ją pochowano?
- Kogo? - odrzekł zdziwiony.
- Alice. - David dostrzegł szansę. Przelazł szybko przez szparę miedzy gałęziami i zleciał na dół, trochę zbyt gwałtownie lądując. Hestia cofnęła się.
- Pokażę ci. - powiedział.
- Po prostu powiedz mi, gdzie - poprosiła.
- Nie umiem tego wyjaśnić. Wiem, jak tam dojść. - westchnęła, ale postanowiła, że nie da się tak podejść.
- No cóż, w takim razie żeg...- wypowiedź przerwały dziewczynie krzyki. Odwrócili głowy w kierunku dźwięków. Zbledli.
- Gazu - szepnął chłopak i popędzili przed siebie. W sporej odległości od ich przeczesywali puszczę Strażnicy, ale że las był niemal płaski, byli widoczni jak na dłoni. I zauważeni niemal natychmiast. David zerknął w ich stronę i ogarnął go strach: Strażnicy byli wyposażeni w kusze. Które właśnie ładowali. Nie zdążył ostrzec Hestii. Grad strzał mknął ku nim. Jedyne co mógł zrobić to paść na ziemię. Przekoziołkował po trawie i płynnie przeszedł do biegu. Usłyszał za sobą krzyk rozpaczy. Stanął jak wryty i odwrócił się. To, co ujrzał, przyprawiło go o zawroty głowy. Przed nim klęczała dziewczyna, przebita dwoma strzałami. Jej intensywnie zielone oczy wpatrywały się w niego z bólem, a chwilę później obróciły się w górę, ukazując białka i Hestia gruchnęła bezwładnie na ziemię. David poczuł, jak coś w nim umiera. Ułamek sekundy wpatrywał się w wychudzone, acz piękne ciało leżące wśród najpiękniejszych kwiatów, jakie widział, a potem zwrócił się ku grupie Strażników. Iskry błyskały mu w oczach. Przerażenie i rozpacz przeszły w złość. Wściekłość. Mordercy zbliżali się, ale już nie strzelali. Na ich twarzach było wymalowane rozbawienie. Zero uniósł ręce i rozdzierającym głosem wykrzyknął pięć słów. Postacie zawirowały i na miejscu Strażników stanęły Zera. Chłopak nie chciał być zabójcą, choć na to miał właśnie ochotę. Kilka godzin temu nie miał wyjścia, ale teraz zesłał na swoich wrogów dużo gorszy los. Strażnicy stali sparaliżowani, już bez broni. David wiedział, że teraz nic mu nie zrobią. Upadł ciężko przy dziewczynie, biorąc ją na ręce.
- Hestia, błagam, nie rób mi tego! Hestia, nie! Nie... - tuląc ją w szaleńczym smutku, niespodziewanie wyczuł puls. Emma. Podniósł dziewczynę i wystrzelił jak z procy w górę, wyszarpując dziurę w koronie drzew. Nie miał chwili do stracenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz