sobota, 15 marca 2014

7

Woda szumiała lekko w ledwo dostrzegalnym w gąszczu korycie. Hestia wątpiła, by ktokolwiek znał ten strumień - był maleńki, ale za to zawierał krystalicznie czystą wodę. Dziewczyna stwierdziła, że najrozsądniej będzie poruszać się wzdłuż niego. Cały czas była niespokojna. I nieszczęśliwa. Oto w jej życiu pojawił się intruz, który podczas dwóch godzin doprowadził ją chyba do wszystkich stanów. Złość, śmiech, płacz, strach, niedowierzanie, zdziwienie, rozkosz... Mogłaby tak długo wymieniać. Ale było to też zapewne jedyna szansa na rozmowę. Z człowiekiem. Minęło parę lat, od kiedy otworzyła do kogoś usta. Sama była zaskoczona, że nadal umie mówić. Idąc, podgryzała królika. Był pyszny, a ona rzadko jadała mięso. Posilała się tym, co udało jej się znaleźć w lesie, na wysypisku lub podczas sporadycznych wypraw do miasta. Granicy lasu pilnował garnizon Straży, gotowy bez wahania zabić każde Zero. Inne numery naturalnie mogły przebywać w puszczy. Kilka razy w roku szkoły organizowały wycieczki. Był to czas istnie koszmarny. Dzieciaki były wszędzie i Hestia często w ostatniej chwili znajdowała schronienie. Miała ogromne szczęście od... sześciu lat, policzyła w myśli. To już tak długo... Otrząsnęła się. Wiedziała, że rozmyślanie przeszłości skończy się źle. Zatrzymała się; zdecydowała, że odpocznie. Przysiadła na dużej skale stojącej obok. Rozejrzała się czujnie, lecz nie zauważyła niczego niepokojącego. Odetchnęła i zrzuciła z pleców swój tobołek, zamiast tego zarzucając na siebie łuk. Postanowiła wspiąć się na drzewo i wywnioskować z położenia słońca, która jest godzina. Jej anielskie skrzydła spuściła luźno w dół. Ich puste w środku kości tworzące kontur i cienkie jak u nietoperza ''membrany'' porośnięte krótkimi, czarnymi piórkami nie przydawały się we wspinaczce. Były za to niesamowicie wrażliwe. Jak ja, przemknęło jej przez myśl. Ręka, noga, ręka, noga. Przynajmniej wspinać umiała się dobrze. Wkrótce przebiła głowę przez koronę drzew. Westchnęła. Nad miastem unosił się obrzydliwy, szary dym. Ciemne kominy fabryki wyraźnie odcinały się na letnim, błękitnym niebie. Dobrze widoczne były również stosy śmieci na wysypisku. Zaś z drugiej strony... połacie zieleni. Zauważyła bawiące się w powietrzu Numery i zeskoczyła na ziemię, asekurując się skrzydłami. Znajdowała się co najmniej siedem kilometrów od Mineasu i dochodziło południe. Wiedziała, że wlekła się cztery kilometry przez pięć godzin. Racja, że musiała najpierw znaleźć rzeczkę, która nie znajdowała się zbyty blisko jej groty, ale fakt ten wcale nie zmieniał odczuwanego do siebie politowania. Nagle świat zawirował. Poziomki! Przed Hestią rozciągało się pole poziomek. Nie tracąc czasu, rzuciła się do zbierania. Niedługo potem miała zgromadzoną doprawdy pokaźną kupkę. Negatywne uczucia zniknęły. Zastąpiła je dziecięca radość - w końcu miała 15 lat. Pochłaniała owoce bez śladu zażenowania swoim zachowaniem. Pomyślała, że mogłaby tu zostać. Byłoby to najszczęśliwsze kilka dni w jej życiu, bo tylko na tyle starczyłoby poziomek. Ocknęła się. Ktoś jej szuka. Chłopak. Nie ufa mu. Może zrobić jej krzywdę. Wstała. Obmyła ręce i twarz w strumieniu. Wtem poczuła narastający ból. Zerknęła na łydkę. No tak. W całym tym szaleństwie nie zauważyła, że otarła sobie nogę do krwi podczas ''podniebnej wycieczki''. Ach, ta adrenalina. Oczyściła łydkę wodą i z rosnącej nieopodal gołozy zerwała pokaźny liść. Z roztargnieniem opatrywała nogę, wybiegając myślami w przyszłość. Nie zauważyła, że liść nosił ślady krwi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz