wtorek, 8 kwietnia 2014

14

Emma spojrzała smutno na Davida, który właśnie osunął się na ziemię, pogrążony w smutku i cierpieniu. Dyskretnie odeszła na bok, aby mógł w spokoju pożegnać dziewczynę. Na pierwszy rzut oka widać było, że łączyło go z nią bardzo wiele. Szczerze mu współczuła, ale wiedziała, że i tak nic by ''z tego'' nie wyszło. Miłość Zer była zakazana i prędzej czy później Strażnicy zauważyliby ich relacje, pozbawiając oboje życia. Ten świat był okrutny, odbierając niektórym wszystko, a niektórym dając to, na co tylko mieli ochotę. 
Jedynki miały w życiu tylko trochę lepszy los niż Zera, ale przynajmniej mogły mieć rodzinę, pracę, dom, godność... Kiedy Emma została wyrzucona z pracy (jeżeli firma nie miała pieniędzy na wypłaty, pozbawianie etatu zaczynała oczywiście od najniższych Numerów), przyłączyła się do koczowniczej społeczności Zer. Miała przyjaciół, którzy tak jak ona pragnęli pomóc Czarnoskrzydłym, więc życie wśród nich nie było takie złe. Martwiła się tylko o to, aby jej znajomi nie nabawili się kłopotów, przemycając dla niej leki, ubrania i różnorakie sprzęty. 
Była jedną z najbardziej szanowanych osób we wspólnocie Zer. Dostała nawet zaszczytne prawo do zasiadania w gronie starszyzny, które stanowiło wyrocznię dla nich wszystkich. Był to wielki przywilej i oczywiście jedyny przypadek, by taka funkcja przypadła komuś innej cyfry. W końcu ich leczę, pomyślała w zadumie. Oparła się o próg budynku, obserwując młodych. David, nie zważając na Strażników mogących czaić się tuż za rogiem, położył się obok dziewczyny, trzymając ją za rękę. Zera koczujące na placu również wpatrywały się smutnymi oczami w tą scenę, ale żadne nie podeszło bliżej. Wiedziały, jak się zachować. Ranna oddychała coraz płycej, było widać, że męczarni nie zostało jej wiele. Krew przestała już wypływać z ran. Emma zauważyła, że nic nie zrobiła z feralnymi strzałami. Podniosła je i nożem odcięła groty od drewna. Bezużyteczne patyki wrzuciła do ognia, rozpalonego u niej zawsze, nawet w tak ciepły dzień jak dziś. Pospiesznie wrzuciła ostrza do swojej torby lekarskiej - nie mogła ryzykować, że ktoś je zobaczy. Usłyszała wiele zbliżających się kroków. Podbiegła do Davida. W tym momencie zza rogu wyszedł patrol Strażników. Kobieta dyskretnie kopnęła chłopaka w bok, który trzy sekundy później stał u jej boku, teoretycznie rozbudzony, ale jego mętne oczy tępo wpatrywały się w przestrzeń. Moment później spojrzał otępiale na dziewczynę, następnie na Emmę, aż w końcu dostrzegł grupę Numerów, zmierzającą ku nim. Jego rysy stężały. Takie ''odwiedziny'' nie były niczym niezwykłym. W tej części miasta Strażnicy robili obchód kilka razy dziennie. 
- Nic im nie mów na jej temat - mruknął David, wyszeptując po chwili kilka niezrozumiałych dla Jedynki słów. Niespodziewanie się zgarbił. Kobieta wiedziała, co zrobił. Magia? Ale po co?, zapytała samą siebie. Instynkt kazał jej spojrzeć na ranną, która... już nie była ranna. Obrażenia i krew zniknęły. 
- Witam państwa - powiedział jeden ze Strażników, uśmiechając się złośliwie. - Wpadliśmy z wizytą. - na dany znak jego towarzysze rozeszli się, szukając czegokolwiek, do czego mogliby się przyczepić, w ruinach. Dowódca popatrzył uważnie na Zera i ich widoczny ''dobytek''. W końcu spostrzegł Jedynkę, Davida i dziewczynę leżącą za nimi. 
- Hej, Emmo! Widzę, że masz nową pacjentkę - zawołał, spokojnie do nich podchodząc.  - Mogę wiedzieć, co jej dolega? - spytał, bacznie obserwując oboje. 
- Zatruła się czymś, szukając jedzenia na wysypisku - wypalił chłopak. - Albo podczas jedze... - Strażnik przerwał mu, wymierzając potężny cios w twarz, od którego Zero się zatoczył, omal nie depcząc dziewczyny. 
- Zamknij się, tępaku! - wrzasnęła Piątka, po czym uprzejmie kontynuował, zwracając się do kobiety. - Pytałem panią. 
- On mówi prawdę. Zatrucie pokarmowe - odparła nieco drżącym głosem, zerkając w stronę Davida. - Już z tego nie wyjdzie.
- Ach tak? I bardzo dobrze, jedno mniej - mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha. - Chłopcy, jest coś?! - wykrzyknął do towarzyszy. 
- Nie, panie Gordon! - odpowiedział po chwili jeden, zapewne jego zastępca. 
- W porządku, wracajcie. - rozkazał dowódca, po czym symbolicznie ukłonił się Emmie, łypnął okiem na chłopaka i powoli się wycofał, znów obserwując Zera. Po chwili kontrola była już tylko kolejnym złym wspomnieniem. 
- Wszystko dobrze? - kobieta podeszła do opadającego z sił Davida. 
- Tak, nie martw się, to był tylko policzek - wymamrotał, przerywając działanie iluzji. Na jego koszulce ponownie wykwitły plamy zaschłej już krwi. Usiadł na ziemi, patrząc na jeszcze oddychającą ranną. Spojrzał przepełnionymi żalem oczyma w oczy Jedynki. Ukucnęła przy nim. 
- Doskonale wiesz, że pomogłabym jej, gdyby miało się to szansę udać. - powiedziała cicho, jednocześnie czule głaszcząc go po twarzy. Przymknął powieki i chwilę później znów położył się przy dziewczynie. Emma nie mogła już nic dla niego zrobić. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

13

Nie obchodziły go zamarłe w powietrzu Numery, obserwujące go ze zdziwieniem i nie wiedzące, jak zareagować. Nie obchodzili go nawet Strażnicy, którzy mogli go w każdej chwili zauważyć. Po prostu o tym nie myślał. Nie myślał także o magii. W tym momencie liczyła się tylko ta lekka jak pióro dziewczyna, którą trzymał w ramionach. Zero, z której życie uciekało z każdym nerwowym i ciężkim uderzeniem jej serca. Miała znaczenie jeszcze siła jego skrzydeł i to, aby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Nie mógł pozwolić, aby teraz umarła. To byłoby wbrew wszystkiemu. Przeżyć dzieciństwo, przeżyć napad Gnębiarzy, przetrwać sześć lat w puszczy i zginąć od strzał? Absurd. David w ogóle nie brał tego pod uwagę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby zginąć. Nawet on nie miał mocy przywrócenia komuś życia. Znał jedną osobę, potrafiącą czynić cuda. Znał. Czas przeszły, pomyślał gorzko, usiłując powstrzymać łzy cisnące mu się do oczu. Smutek po stracie i strach przed kolejną nagle się połączyły. W głowie chłopaka zapanował kompletny chaos. Przyspieszył. Mógł liczyć tylko na jedną osobę. Bardzo dobrze mu znaną. Był już nad miastem. Doskonale wiedział, gdzie się skierować. Zanurkował w jakąś pustą uliczkę. Wybiegł na zatłoczoną drogę i, zwinnie omijając przechodniów, popędził do celu. W końcu trafił na owalny plac, otoczony ruinami kamienic. Stał tam zawsze patrol Strażników, ale David przemknął obok nich zbyt szybko, by zauważyli strzały wbite w coraz bardziej marniejącą Hestię. 
- Gdzie Emma?! - wydusił do stojącego najbliżej Zero, który natychmiast wskazał mu drogę. 
- David? O mój Boże... - mruknęła kobieta, wyłaniając się ze stojącego jeszcze budynku. - Połóż ją tutaj. Nie mamy czasu - dodała pospiesznie. Chłopak delikatnie położył dziewczynę na derce. Emma grzebała w swojej torbie. Była lekarką Zer. Jedyną. Leki, strzykawki i inne rzeczy zdobywała od kilku znajomych pielęgniarek, które współczuły Zerom; kiedyś była jedną z nich, na ręce bowiem nosiła cyfrę Jeden. Miała jeszcze drugie źródło: kiedy Rząd postanawiał o przeniesieniu miejsca produkcji z jednej fabryki do drugiej, w tej pierwszej zostawało wszystko. Sprzęt, wyprodukowane rzeczy, opakowania... Nikomu nie chciało się sprzątać. David podejrzewał, że był to pewien ukłon Rządu w stronę Czarnoskrzydłych. Wyższe Numery były zbyt głupie i zadufane w sobie, by to zauważyć. Kiedy opuszczono zakład wytwarzający leki, Zera odetchnęły. Panowała wtedy wielka zaraza i Numery ginęły na potęgę. Oficjalny powód zamknięcia fabryki? Zbyt duże zanieczyszczenie wewnątrz, któremu nie da się zaradzić. A leki muszą być przecież sterylne, nieprawdaż? Sprytne, sprytne, myślał kiedyś ironicznie chłopak. Teraz stał nad posłaniem, cały drżąc. Kobieta nadal szukała czegoś w torbie. 
- Masz - rzuciła mu żel odkażający skórę i strzykawkę z zawartością. Domyślił się, że to morfina i czym prędzej zdezynfekował ręce i miejsce wkłucia. Znał się na tym, często pomagał Emmie w dawnych czasach. Pewnym ruchem zaaplikował Hestii lek. Dasz radę, myślał cały czas. Zerknął na strzały. Jedna tkwiła w jej boku, druga w klatce piersiowej, niebezpiecznie blisko serca... 
Emma odsunęła go na bok i zaczęła badać dziewczynę stetoskopem. Wreszcie powolnym ruchem odłożyła słuchawki i wyszarpnęła z jej ciała oba pociski. 
- David... - popatrzyła mu w oczy. - Strzały przebiły płuco i prawdopodobnie nerkę albo wątrobę. Do tego straciła dużo krwi. Nie da się nic zrobić. - chłopak patrzył na nią z niedowierzaniem. - Tak mi przykro... - wyszeptała jeszcze, ale Zero tylko stał w otępieniu, nie słysząc jej. Zamknął oczy i nagle osunął się na kolana. Ukrył twarz w dłoniach. Nie płakał, matka nauczyła go, by nie okazywał słabości. Po chwili spojrzał na Hestię. Jeszcze dychała. Odgarnął jej delikatnie kosmyk kruczoczarnych włosów z twarzy i pogłaskał jej blady policzek wierzchem dłoni. Dotarło do niego, że Jedynka oddaliła się, aby mógł się pożegnać. Dziewczyna oddychała coraz słabiej. Nieruchoma i biała jak ściana, wyglądała jeszcze piękniej. David musnął ustami jej czoło. Na nic więcej nie mógł sobie pozwolić. Położył się obok, łapiąc Hestię za zimną dłoń. Nie zauważył, kiedy zasnął. 

poniedziałek, 31 marca 2014

12

Miriam siedziała na dachu fabryki, wygrzewając się w popołudniowym słońcu. Była ukryta za wpół zawalonym kominem, nie przejmowała się więc, że ktoś ją zobaczy. Lato było najlepszym czasem dla Zer; było ciepło, więc nie musiały szukać schronienia przed zimnem ani ubrań. Niestety był jeden minus: pokarm wyrzucany na śmietnik, jedyne źródło pożywienia czarnoskrzydłych, szybko się psuł. Łagodny powiew wiatru musnął jej popielate włosy. Uśmiechnęła się. Pogoda była idealna. Sięgnęła po dwie kromki chleba, zdobyte w mieście. Aż dwie, pomyślała. To będzie prawdziwa uczta. Zaczęła powoli rzuć pierwszy kawałek pieczywa. Wiedziała, że gdy głodny od kilku dni człowiek rzuci się na jedzenie, dostaje wrzodów. A wtedy już nie ma ratunku. Dlatego, choć miała ochotę pochłonąć całą kromkę na raz, cierpliwie ją przeżuwała. Westchnęła cicho. Nie wiedziała Davida przed cały dzień. Zwykł znikać na dłużej i zawsze wracał, ale i tak się o niego martwiła. Czasami bardziej niż Cynthia, jego opiekunka i matka. Kończąc posiłek, wstała i powlokła się ku schodom awaryjnym. W zamierzchłych czasach w fabryce piętra pokonywało się windą, teraz we wraku zakładu nie było elektryczności, a winda została wymontowana. Leniwie człapała po schodach. Oprócz niej w opuszczonej fabryce mieszkało kilkadziesiąt innych Zer. Miriam naliczyła kiedyś czterdzieści parę, ale ta liczba szybko ulegała zmianie. Ktoś odchodził, ktoś przychodził. Zera umierały i rodziły się przez cały czas. Mineas nie był jakimś ogromnym miastem, ale większości Numerom żyło się tu bardzo dobrze, dlatego chętnie zakładały one rodziny. Nie było ulicy, na której nie bawiłoby się co najmniej kilkoro dzieci. Ale gdy rodziło się Zero... Była to kompromitacja dla całego rodu. Noworodki najczęściej wyrzucano na bruk, gdzie zazwyczaj ginęły. Niektóre jednak dożywały wieku dorosłego, dzięki opiece ze strony starszych i doświadczonych czarnoskrzydłych. Najgorszym problemem było mleko i zapalenia skóry z powodu małej dostępności środków higienicznych. Skóra małych dzieci była bardzo wrażliwa. 
Rozmyślając o dzieciakach, dziewczyna dotarła do swojego prywatnego kąta. Każde Zero było uczciwe i kierowało się honorem, dlatego nie bała się, że ktoś jej cokolwiek ukradnie. Jej ''mieszkanie'' znajdowało się na piątym piętrze. Było to pomieszczenie o powierzchni jakichś 20 m2. Miriam zawsze zastanawiała się, do czego mogło służyć. Nie było tu żadnych szczątków maszyn, taśm produkcyjnych, w sumie kiedy znalazła swój nowy ''pokoik'' jako dziecko, był on kompletnie pusty. W tym momencie jego połowę zajmowały jej rzeczy. Drugą częścią pokoju rozporządzała Hannah. 
Hannah była wysoką, arogancką blondynką. Włosy ścięła do wysokości uszu, aby jej nie przeszkadzały oraz uwydatniały kości policzkowe i dosyć ładne, brązowe oczy. To znaczy, aktualnie były brązowe. Ich barwa zmieniała się w zależności od pory roku, jej nastroju, pogody, koloru ubrania... zazwyczaj były szarozielone. Brąz był rzadkością, dlatego Miriam się zdziwiła. 
- Dlaczego masz dzisiaj brązowe oczy? - spytała nieśmiało, usadawiając się na zdemolowanej kanapie. 
- A dlaczego słońce świeci? Nie wiem, dziecko - mruknęła, wydychając dym. Była nałogową palaczką. Dziewczyna zdążyła się już przyzwyczaić, ale mimowolnie odkaszlnęła, kiedy opary dotarły do jej nosa. 
- Jadłaś coś dzisiaj? - spytała ponownie. 
- Pewnie. Upolowałam wpół zgnite jabłko. - odparła tamta, tym razem żartobliwie. 
- Masz. - Miriam rzuciła wprost w jej ręce kromkę chleba. 
- Dzięki, dziecko. - Hannah przyjęła podarunek z wdzięcznością. - A ty? Co jadłaś? 
- Dwie takie - wskazała na pieczywo - i kawałek kurczaka. Poszczęściło mi się - uśmiechnęła się słabo. 
- Po weekendzie jest najlepsze żarcie. - stwierdziła blondynka, zabierając się do jedzenia. Połknęła kromkę w parę sekund. W odróżnieniu od Miriam, nie przejmowała się żadnymi wrzodami. Dziewczyna westchnęła. To się dla niej kiedyś źle skończy. Hannah otępiale gapiła się w jedno z dwóch okien, zimą zasłanianych czymkolwiek się dało - oczywiście nie miały szyb. Teraz wisiały tam tylko lekkie zasłonki, chroniące przed palącym słońcem i od czasu do czasu poruszane podmuchami wiatru. Rozciągnęła się na kanapie i zaczęła nucić piosenkę, którą dawno temu wymyślił dla niej David. Byli dla siebie jak rodzeństwo. Miriam jednak to nie satysfakcjonowało. 
- Zamknij się, przecież widzisz, że myślę - burknęła jej współtowarzyszka. 
- No tak, widzę te trybiki powoooli obracające się w twojej głowie - wymruczała z przekąsem w odpowiedzi. Hannah obdarzyła ją długim, nieprzyjaznym spojrzeniem, ale gdy odwróciła wzrok, dziewczyna dojrzała na jej twarzy cień uśmiechu. Roześmiała się głośno. Palaczka bywała czasem nieznośna, ale i tak ją lubiła. Było cudownie. 

poniedziałek, 24 marca 2014

11

- David? David! - Hestia potrząsała chłopakiem, ale to nic nie dało. Zemdlał. Ona sama wciąż nie mogła uwierzyć w to, co zdarzyło się kwadrans temu. Przeszyły ją gwałtowne dreszcze, ale miała przeczucie, że musi natychmiast zrobić to, o co prosił ją chłopak. Najpierw opatrzenie. Podniosła mu koszulkę. Na brzuchu widniały dwa paskudne cięcia. Szukała dalej. Dwa na ramionach, w tym jedno głębokie. Draśnięcie w okolicach szyi. Rana kłuta w udzie. Jak on tu przybiegł?, pomyślała ze zdumieniem. Rozpoczęła poszukiwania. Szybkie poszukiwania, ponieważ krew nadal wypływała z ran. Przemyła je wodą i opatrzyła dokładnie gołozą i korą białorzębu. Nic innego nie udało jej się znaleźć. Związała wszystko porządnie kawałkami podartej koszuli i opadłych lian - miały najmocniejsze włókna. Przewróciła go na brzuch. Na szczęście okaleczenia były tylko z przodu. Odetchnęła. David oddychał bardzo słabo. Spróbowała go napoić. O dziwo, chłonął wodę jak gąbka. Połykał wszystko, jakby był przytomny. Spróbowała nakarmić go poziomkami, ale odzewu nie było. Westchnęła. Rozejrzała się w poszukiwaniu kryjówki. Niestety, oprócz głazów rozrzuconych po omacku i nielicznych krzaków las był równy i pusty. Chociaż nie, uświadomiła sobie. W tym miejscu puszcza 'eksperymentowała' z łagodnymi wzniesieniami. Okej. Dasz radę. Niechętnie wzięła swój nóż od Davida. Popatrzyła na ostrze z odrazą i czym prędzej schowała je za pazuchę. Wstała i ruszyła na polowanie, uprzednio taszcząc chłopaka za dość mizerną kępę krzaków. Narzucała na niego trochę przegniłych lian, zeszłorocznych liści i mchu. Pomyślała, że to musi wystarczyć. Spojrzała na niego ostatni raz, po czym stwierdziwszy, że wokół jest bezpiecznie, wybiegła w głąb lasu. Po półgodzinnej wędrówce wspięła się na drzewo i zaczęła czekać. Bezgłośnie naszykowała łuk i strzałę. Czuwała. Pojedyncze promienie słońca przebijały się przez zbite korony drzew. Puszcza o tej porze roku wyglądała cudownie. Zewsząd pachniało niezliczonymi aromatami kwiatów, miodu i zieleni. Hestia kochała tą atmosferę. Wychowała się w niej, spędzając samotnie dni. Wiedziała, że nikomu na niej nie zależy. Nawet Zera miały w mieście przyjaciół. Ona była wygnańcem. Powinna była już dawno zginąć. Samotna łza spłynęła jej po policzku. Otarła ją niedbale i skupiła się na polowaniu. Zauważyła jakiś ruch w kępie paproci. Naciągnęła cięciwę. Z zarośli wyskoczyła łasica. Strzał. Po tym, co zrobiła dzisiaj, wiedziała, że trafi. Zwierzę znieruchomiało. Zeskoczyła z drzewa, używając skrzydeł jak spadochronu, wyszarpnęła strzałę i podniosła truchełko. Łasica nie była zbyt duża. Musiała upolować coś jeszcze. Zarzuciła zwierzę na plecy i pomknęła dalej. Po jakimś czasie wróciła do Davida, taszcząc jeszcze młodego dzika, z którego była wyjątkowo dumna. Chłopak nadal był nieprzytomny. Musiała szybko go ocucić. 
- David! Ocknij się! - zaczęła go klepać po policzkach. W końcu rozeźlona dała mu ostrego liścia w twarz. Poruszył się. 
- David? Wszystko okej? - mruknęła zawstydzona. 
- Wiem, że cię straszliwie wykorzystuję, ale musisz mi przygotować jedzenie. Przepraszam, ale bez tego nie przeżyję - wycharczał. - Tylko ty możesz mi pomóc. - popatrzył jej błagalnie w oczy i znowu odpłynął. 
- Ej? O nie... - pisnęła, lecz nie mogła nic zrobić. Dała mu wody. Znowu wchłonął każdą kropelkę. Szybko zabrała się do oprawiania mięsa. Nawet z dzikiem poradziła sobie w okamgnieniu. Dzisiaj nic nie potrafiło jej już zdziwić. Usłyszała niepokojący szelest. Automatycznie skuliła się, skrywając pod płaszczem. Na szczęście okazał się to tylko zbłąkany ptak. Odetchnęła i zaczęła gromadzić drewno pod ognisko. Z trzech patyków zmajstrowała rożen. Usiłowała rozpalić ognisko tak, aby nie było zbyt dużo dymu, ale nigdy jej się to nie udawało. Zgłodniała, czując nęcący zapach pieczeni. Kiedy pierwszy kawałek mięsa był gotowy, chlusnęła wodą na twarz Davida. 
- Wstawaj, śpiochu. - mruknęła. Otworzył oczy i z trudnością otarł wodę z twarzy. 
- Jeść - niemal szepnął. Hestia wywróciła oczami, ale podczołgała się do niego i, uprzednio nadziewając na rożen następną część zdobyczy, zaczęła karmić chłopaka, odrywając małe kawałki mięsa i wsuwając mu je do ust. Milczeli oboje. Kiedy następna porcja była gotowa, mimo jego cichych protestów, aby sama go zjadła, powiedziała, żeby się zamknął i wepchnęła mu z rozpędu połowę udźca. Niemal się zakrztusił, ale był już w stanie usiąść. Wspólnie szybko dokończyli posiłek i zgasili ognisko, jak najlepiej je maskując. 
- Chodź. - David wstał i podał rękę dziewczynie. Wyruszyli głębiej w las, poszukując schronienia. Podskakiwali na najmniejszy szelest wydawany przez poruszone dzięki nielicznym ptakom liście lub na odgłos spadającej, przekwitłej liany. W pewnym momencie chłopak zauważył ciekawą anomalię. 
- Patrz. - wskazał palcem drzewo przed nimi. Było to jego trzecie słowo od odzyskania przytomności. Hestia podążyła wzrokiem w górę. Drzewo było nietypowe: prosty pień rozdzielał się tuż przed koroną w kilkanaście bocznych gałęzi. Wyglądało na idealną kryjówkę. 
- Okej. - mruknęła. Wzbili się w górę. Do ''gniazda'' ciężko było się wcisnąć. Dziewczynie ledwo się to udało. Rzuciła na środek plecak i broń i opadła na jedno z odgałęzień. Napotkała spojrzenie Davida. Mierzyli się wzrokiem. 
- Czemu zemdlałeś? - odważyła się w końcu zapytać. Spuścił wzrok.
- To skomplikowane. - bąknął. 
- Mam dużo czasu. - prychnęła. Chłopak westchnął. 
- Prawie nic nie jadłem od paru dni. - wyznał w końcu. - Musiałem skądś wziąć energię. - Hestia uniosła brew.
- Czyli? 
- Użyłem magii, Hestio. - powiedział po chwili. 
- Słucham? Żartujesz sobie? - zaśmiała się. 
- Nie. Przybyło mi wtedy sił, ale potem musiałem za to zapłacić. Teraz jestem najedzony i mój organizm znów produkuje normalnie energię, ale gdybym wówczas nie dostał pożywienia, umarłbym. Chciałem ci bardzo podziękować. - popatrzył jej w oczy.
- To niewiarygodne - wydusiła z siebie. 
- Wcale nie! - prychnął, uśmiechając się skrycie. 
- Gdzie się tego nauczyłeś? A może umiałeś to od zawsze? - nie odpowiedział, za to po chwili zadał pytanie.
- A ty? Skąd masz takie umiejętności? Walczysz o niebo lepiej ode mnie, a ja trenuję praktycznie codziennie. Poza tym nie przejawiałaś takich talentów przez ostatnie pół roku. - Hestia poczuła się nieswojo. Brzmiało to jak wyrzut, chociaż ocaliła mu życie. 
- Nie mam pojęcia. Sama się dziwię. 
- Naprawdę? - w głosie chłopaka dźwięczało zaskoczenie. 
- Tak. - zamyślił się. 
- To niesamowite - mruknął w końcu. 
- Co ty nie powiesz? - popatrzyła na niego spode łba. 
- Co jest? - spojrzał na nią ze zdumieniem. 
- Nieważne. - David westchnął teatralnie. 
- Kobiety... - dziewczyna prychnęła cicho. 
- Nie znajdą nas tu? - szepnęła po chwili. 
- Nie wiem, jest dzień, wszystko się może zdarzyć. Zastanawiam się, czy brnąć dalej w las, czy uciec do miasta. 
- Nie mogę wrócić do miasta. - powiedziała jeszcze ciszej.
- Dlaczego?!
- To... to smutne. Ale sprawiedliwe. 
- Ale co? - dociekał chłopak. 
- Sześć lat temu... - odchrząknęła. - Sześć lat temu zdarzyło się coś strasznego. - ucichła na moment, ale po chwili zaczęła opowiadać dalej. - Miałam dziewięć lat. W swoim życiu miałam tylko jedną przyjaciółkę. Alice. Była śliczna, miała piękne, miedzianozłote włosy i niebieskie oczy... Któregoś dnia, późnym wieczorem, włóczyłyśmy się po Mineasie. Byłyśmy głupie i dziecinne, nie patrzyłyśmy na niebezpieczeństwo. W pewnym momencie zaczęła nas śledzić grupka chłopaków. Zanim się zorientowałyśmy, wylądowałyśmy w ślepym zaułku. - odetchnęła głęboko. No już, wmrugaj te łzy z powrotem, pomyślała. - Otoczyli nas. Mieli pałki i zaczęli z nas najpierw drwić, a potem coraz ostrzej i wulgarniej wyzywać. Byłam przerażona. Gdy zaczęli zastanawiać się, jak mogliby użyć swoich drągów, struchlałyśmy. Nagle do zaułku wpadł jeszcze jeden chłopak. Na uwięzi trzymał wściekłego Stalodoga. ''Znalazłem go!'', krzyknął, uradowany jakby dopiero co dostał prezent. Spanikowałam i wystrzeliłam w górę. Niestety... - łzy polały się po jej policzkach. - Alice nie zdążyła... Przytrzymali ją... Powiedzieli, że oberwie podwójnie, bo ja uciekłam... Patrzyłam na to wszystko z dachu budynku... Najpierw ją pobili, a potem... - zaczęła szlochać. - A potem spuścili go... spuścili to bydle ze smyczy... - rozpłakała się gwałtownie i głośno. David szybko przysunął się do niej i pozwolił, by łkała w jego pierś. Oplótł ich swoimi skrzydłami, mimo że nie było to proste zadanie. Po kilku minutach dziewczyna uspokoiła się. 
- Nadal słyszę w snach jej krzyki. ''Hestia, pomóż mi!'', ''Hestia, ratuj!''. To mój koszmar. - wychrypiała z otępieniem, wczepiona w chłopaka. 
- To ty jesteś tą słynną wygnańczynią. 
- Słynną? - odchyliła się, patrząc mu w oczy. 
- Twoją historię starszyzna opowiada wszystkim młodym. Jako przestrogę. Ale oni sądzą, że nie żyjesz. 
- No to się pomylili. Daję sobie radę, jak widzisz. - burknęła, odsuwając się od niego. 
- Ja i tak nie rozumiem, jak mogli wygonić z miasta dziewięcioletnią dziewczynkę. To... to okrucieństwo! - zbulwersował się David. 
- Ja też byłam okrutna. Skazałam na śmierć najważniejszą osobę w moim życiu. - zaczęła zbierać swoje manatki. - Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli się teraz rozdzielimy. Ty uratowałeś mnie, a ja spłaciłam dług. Poradzę sobie. Wracaj do miasta. 
- Odmawiam. 
- Trudno. Wiodłam samotne życie, a ty się w nie wkopałeś z buciorami. Nie potrzebuję nikogo. - znów nałożyła swoją maskę obojętności. 
- Szczerze? Wątpię - mruknął z przekąsem. 
- A tak w ogóle to jak załatwiłeś tamtych Gnębiarzy? - rzuciła, przeciskając się przez mur z gałęzi. 
- Oślepiłem ich. 
- Bardzo ładnie. Na ile? 
- Na zawsze. - powiedział bardzo cicho, powoli przenosząc wzrok na Hestię. Przeszedł ją zimny dreszcz. - Tobie też mogę to zrobić. 
- Doprawdy? - powiedziała ironicznie, patrząc mu odważnie w oczy. Teraz już nie wierzyła, że mógłby jej zrobić krzywdę. Miała przeczucie, że zwyczajnie chce ją zatrzymać. Przecisnęła się i sfrunęła na dół. 
- Tylko teoretycznie. - uśmiechnął się. Dziewczyna wywróciła oczami. 
- Fajnie wiedzieć - rzuciła kąśliwie, ale nie ruszyła się z miejsca. Po chwili wahania zapytała jeszcze z bólem w głosie: 
- Wiesz, gdzie ją pochowano? 
- Kogo? - odrzekł zdziwiony.
- Alice. - David dostrzegł szansę. Przelazł szybko przez szparę miedzy gałęziami i zleciał na dół, trochę zbyt gwałtownie lądując. Hestia cofnęła się. 
- Pokażę ci. - powiedział. 
- Po prostu powiedz mi, gdzie - poprosiła. 
- Nie umiem tego wyjaśnić. Wiem, jak tam dojść. - westchnęła, ale postanowiła, że nie da się tak podejść. 
- No cóż, w takim razie żeg...- wypowiedź przerwały dziewczynie krzyki. Odwrócili głowy w kierunku dźwięków. Zbledli. 
- Gazu - szepnął chłopak i popędzili przed siebie. W sporej odległości od ich przeczesywali puszczę Strażnicy, ale że las był niemal płaski, byli widoczni jak na dłoni. I zauważeni niemal natychmiast. David zerknął w ich stronę i ogarnął go strach: Strażnicy byli wyposażeni w kusze. Które właśnie ładowali. Nie zdążył ostrzec Hestii. Grad strzał mknął ku nim. Jedyne co mógł zrobić to paść na ziemię. Przekoziołkował po trawie i płynnie przeszedł do biegu. Usłyszał za sobą krzyk rozpaczy. Stanął jak wryty i odwrócił się. To, co ujrzał, przyprawiło go o zawroty głowy. Przed nim klęczała dziewczyna, przebita dwoma strzałami. Jej intensywnie zielone oczy wpatrywały się w niego z bólem, a chwilę później obróciły się w górę, ukazując białka i Hestia gruchnęła bezwładnie na ziemię. David poczuł, jak coś w nim umiera. Ułamek sekundy wpatrywał się w wychudzone, acz piękne ciało leżące wśród najpiękniejszych kwiatów, jakie widział, a potem zwrócił się ku grupie Strażników. Iskry błyskały mu w oczach. Przerażenie i rozpacz przeszły w złość. Wściekłość. Mordercy zbliżali się, ale już nie strzelali. Na ich twarzach było wymalowane rozbawienie. Zero uniósł ręce i rozdzierającym głosem wykrzyknął pięć słów. Postacie zawirowały i na miejscu Strażników stanęły Zera. Chłopak nie chciał być zabójcą, choć na to miał właśnie ochotę. Kilka godzin temu nie miał wyjścia, ale teraz zesłał na swoich wrogów dużo gorszy los. Strażnicy stali sparaliżowani, już bez broni. David wiedział, że teraz nic mu nie zrobią. Upadł ciężko przy dziewczynie, biorąc ją na ręce. 
- Hestia, błagam, nie rób mi tego! Hestia, nie! Nie... - tuląc ją w szaleńczym smutku, niespodziewanie wyczuł puls. Emma. Podniósł dziewczynę i wystrzelił jak z procy w górę, wyszarpując dziurę w koronie drzew. Nie miał chwili do stracenia. 

czwartek, 20 marca 2014

10

Skoczył i złapał się gałęzi. Psisko podążyło za nim, ale wystarczyło jedno celne kopnięcie, żeby je uziemić. Cholera. Strażnicy mieli łuki. I paralizatory. Niedobrze. Podciągnął się, wytężając wszystkie pozostałe siły. W ostatniej chwili uskoczył za pień, chroniąc się przed strzałami. Nie miał dużo czasu. Poczekał, aż Numery podbiegną odpowiednio blisko. Sięgnął po lianę i skoczył, wyłaniając się z drugiej strony drzewa. Powalił pierwszego z rzędu Strażnika, od razu zeskakując mu na twarz. Nie zdążył zareagować. Biedaczek. Chwycił nóż pewną ręką.
- Zginiesz, ty psie! Zabijemy cię najboleśniej, jak potrafimy! - żadnego ''poddaj się''. David uśmiechnął się pod nosem. Zachwiał się i Strażnik dziabnął go swoim długim ostrzem. Jęknął, ale zdołał go zranić. Skupił się. Poczuł krew wypływającą z brzucha. Nie bał się, wiedział, że nic mu nie będzie... Właśnie! Jaki jestem głupi... Mruknął parę słów i gwałtownie poczuł przypływ energii. Zaczął śmiercionośny taniec z Numerami. Ciął krótko i głęboko, ale Strażnicy byli nieustępliwi. Musiał się pospieszyć, wiedział, że sił nie wystarczy mu na długo. Będzie musiał potem zapłacić za to surową karę. Do tego dochodziły jeszcze dwa ogromne psiska, plątające się pod nogami i usiłujące go capnąć, ale wirował dla nich zbyt szybko. Nagle usłyszał świst i Strażnik za jego plecami upadł na ziemię. Drugi syk. Jeden ze Stalodogów pisnął i znieruchomiał. Następna strzała trafiła Numer, z którym miał najwięcej kłopotów. Chwilę miotał się w konwulsjach, ale był przegrany. Nagle ostatnie monstrum rzuciło się naprzód. David dopiero teraz dostrzegł kępę czerni ukrytą za chaszczami. 
- Nie! - krzyknął zrozpaczony, ale mógł tylko walczyć z pozostałymi Strażnikami. Zadawał mocne i szybkie ciosy i w sekundę rozprawił się z jednym. Odwrócił się i o mało co nie zachłysnął, kiedy ujrzał wirującą Hestię ucinającą bestii łeb. Do rzeczywistości przywrócił go żyjący (jeszcze), ostatni Strażnik. Musiał się rzucić na ziemię, bo inaczej sterczałby już na czubku ostrza. W tym momencie znikąd pojawiła się dziewczyna i błyskawicznie zadziała go na swój nóż. Podniósł się i w momencie kiedy miała się odwrócić i rozsiekać również jego na kawałki, wytrącił jej z ręki broń i obezwładnił, trzymając ją w stalowych objęciach. Jej oddech łaskotał mu nos. Był tak blisko jej twarzy... nie miał tyle odwagi. 
- Kurczę, niezła z ciebie sztuka. Jak to zrobiłaś? - wyzwoliła się z jego ramion. Na jej obliczu wymalowane było przerażenie. Popatrzyła z odrazą na swoje ręce, a potem na broczących jeszcze krwią nieboszczyków. Nogi same jej się ugięły. Klęczała teraz pośród połamanych kwiatów. 
- Co ja zrobiłam? - jęknęła. David podszedł do niej i złapał ją za ramiona. 
- Chodź. - szepnął. Była w kompletnym szoku. On zresztą też. Nigdy nie widział, by tak celnie strzelała bądź obchodziła się z nożem. Szczerze mówiąc, była raczej niezdarą. Dziewczyna pozostała głucha na jego prośbę. Kołysała się tylko w otępieniu, trzymając za głowę. Rozejrzał się nerwowo. W puszczy panowała absolutna cisza. Las zamarł. Nie na długo, pomyślał. Poczuł, że opuszczają go siły. Zaklął. Dziewczyna obróciła głowę. 
- Hestio, nie mamy czasu, bądź rozsądna. Posłuchaj, mam dziesięć minut. W tym czasie musimy znaleźć kryjówkę. 
- Jak... jak to dziesięć minut? - wydusiła z siebie.
- To skomplikowane. - podniósł z ziemi nóż Hestii i wytarł go o mech. Podobnie postąpił ze swoim. - Proszę. - wręczył klingę dziewczynie, ale ta niemal ze wstrętem odepchnęła jego rękę. Bez namysłu schował oba ostrza do swojej ukrytej pochwy. Ściągnął koszulkę i założył ją z powrotem, chowając skrzydła. - Nie masz jakiegoś płaszcza? - spytał ją. 
- Zostawiłam go razem z bagażem dosyć daleko stąd - wymruczała przytomnie. Jej oczy nadal błądziły po lesie. 
- Jest tam jakaś kryjówka? 
- Nie, ale strumień z czystą wodą już tak. Jest maleńki. A, i poziomki. - ważne, że to daleko. 
- Dobra, wstawaj. Niedługo miasto się zorientuje. - energia opuszczała go w równym tempie. - Pospieszmy się. - tym razem dziewczyna usłuchała. Podniosła się, cała dygocząc. Pobiegli w głąb lasu. 
- Prowadź - mruknął chłopak. Hestia przyspieszyła. Dotarli do celu kilkanaście minut później. Chłopak padł na ziemię, wykończony. 
- David! Co się stało? - doskoczyła do niego. 
- Muszę cię prosić o przysługę albo dwie - wystękał.
- Słucham.
- Musisz coś upolować. Coś pożywnego. Tracę siły. Obiecuję, że ci wszystko wyjaśnię, ale później. Postaraj się znaleźć schronienie. I opatrz mnie, dobrze? Przepraszam... - nastała ciemność. 

poniedziałek, 17 marca 2014

9

Hestia kończyła wiązać opatrunek. Liść gołozy był dość kruchy, dlaczego usztywnienie go liśćmi, korą i lianami zajmowało trochę czasu. Już miała zbierać się do drogi, kiedy usłyszała wołanie. Dobiegało ono z bardzo daleka, ale jakimś cudem usłyszała wyraźnie: ,,Hestia! Hestia, jesteś w niebezpieczeństwie!''. Słowa kołatały jej w głowie. Doskonale wiedziała, do kogo należał głos. Najpierw pomyślała, że to podstęp, ale przypomniała sobie o postrzelonym Gnębiarzu. Zbladła. Zaczęła gwałtownie oddychać. Niemal krzyknęła, gdy do jej uszu dobiegło przeraźliwe wycie zwierzęcia. Dochodziło mniej więcej z tej samej strony, z której słyszała Davida. Myśli wirowały szaleńczo w jej głowie. Postrzelona Ósemka. Wykrwawił się? Prawdopodobne. Co z pozostałą dwójką? Wycie. Skrzywiła się. Była pewna. Stalodogi. Straże. Otworzyła szeroko oczy. Nie... Nie wiedziała, co zrobić. Uciekać? Zobaczyć, co się dzieje? Honor nie pozwalał jej na ucieczkę. Przecież on mi pomógł! Kto wie, co by się stało, gdyby nie było go przy mnie... Zaczerwieniła się, myśląc po raz kolejny, jak słaba w rzeczywistości jest i że nie poradziłaby sobie sama. On też sobie nie poradzi... Podjęła decyzję. Szalenie niebezpieczną. Nie było czasu. Rzuciła swój plecak w krzaki i popędziła przez las. Wczorajszy posiłek dodał jej sił. Dużo sił. Hestia aż sama się zdziwiła, że biegnie tak szybko i lekko. Nieważne. Wyciągnęła swój nóż. przeskakując nad powalonym pniem drzewa. Był idealny. To najporęczniejsza rzecz, którą posiadała. Był duży i porządny. Zobaczyła w nim swoje zdecydowane odbicie. Stwierdziła, że na pierwszy ogień użyje łuku. O ile się odważę i trafię... 
Widziała już w oddali grupę postaci. Wciąż gnając, ściągnęła z pleców broń i strzałę. Biegła już ostrożniej. Nie chciała zostać zauważona. W końcu skryła się za krzakami, wystarczająco blisko, aby ocenić sytuację, ale dostatecznie daleko, by nikt jej nie zauważył. David tańczył z nożem w ręce, raniąc kolejno wściekłych Strażników. Aż dwa psiska, jęknęła w myślach. Wycelowała i... powaliła pierwszego Strażnika. Strzał był idealny, prosto w serce. Zdumiała się, ale bez wahania wystrzeliła dwie następne strzały, załatwiając kolejno Stalodoga i kolejny Numer. Niestety, drugie monstrum wykryło jej zapach i teraz pędziło ku niej. Usłyszała głośne ,,Nie!'' chłopaka, ale nie mógł nic zrobić. Błyskawicznie zarzuciła łuk na plecy i sięgnęła po ostrze. Wstała. Stalodog gnał ku niej, wyszczerzając swoje naprawdę stalowe zębiska. Były to mutanty, których kości, pazury i kły zrobione były z metalu. Bardzo trudno je było pokonać, ale Hestia nie miała wątpliwości, co należy zrobić. Zaczęła biec w kierunku nacierającego zwierzęcia. Oczy błyszczały jej z podniecenia, a usta miała wykrzywione w złowrogim uśmiechu. Skoczyła. Bestia zrobiła to samo, ale nie miała szans. Dziewczyna błyskawicznie okręciła się wokół własnej osi i z rozpędu ucięła psu łeb, trafiając nożem idealnie pomiędzy kręgi kręgosłupa. Wylądowała zgrabnie, zginając kolana. Uniosła głowę do góry i w kilku sekundach dopadła trzeciego Strażnika. Wykończyła go jednym, celnym dźgnięciem, choć tamten miał przy sobie paralizator, długie, cienkie ostrze i wcale nie był jakimś chłystkiem. Odwróciła się, aby rozprawić się z następnym, ale coś wyszarpnęło jej broń z ręki i unieruchomiło ręce. Przed sobą miała twarz Davida. Niemal stykali się nosami. Dopiero teraz dostrzegła, że ma piękne, o szlachetnej barwie brązu oczy. Myślała, że wie, co się teraz stanie, ale on tylko wyszeptał:
- Kurczę, niezła z ciebie sztuka. Jak to zrobiłaś? - wyzwoliła się z jego objęć. Dopiero teraz uświadomiła sobie, czego przed chwilą dokonała. Przestraszona, popatrzyła na swoje palce, a potem na pobojowisko i trupy. Padła na kolana. t
- Co ja zrobiłam? - jęknęła. Chłopak złapał ją za ramiona.- Chodź. - znowu szeptał. - Nadciągają posiłki. - nie słuchała go. Kołysała się w otępieniu, łapiąc się za głowę. Wszystko straciło sens. 

sobota, 15 marca 2014

8

Krater był pusty. David patrzył z otępieniem w dół, ale to niczego nie zmieniało. Ostatni kawałek drogi przebył, słaniając się na nogach. Nie sądził, że wyczerpie siły tak szybko. Z grymasem na ustach podniósł się z klęczek. Nie miał pojęcia, gdzie jest dziewczyna. Stwierdził, że nie ma wyjścia. Zbierając resztki sił, z rozpędu wystartował w powietrze. Latanie w puszczy było bardzo trudne - skrzydła miały łącznie około trzech metrów rozpiętości. Wzbił się maksymalnie w górę, po czym zaczął szybować, oszczędzając energię. Ni stąd ni zowąt wpadł mu do głowy pomysł. Czemu nie pomyślałem o tym wcześniej?! Usiłował się skupić i wyszeptał kilka słów. Po chwili wiedział już wszystko. Otworzył oczy. Drzewo mknęło na spotkanie z jego twarzą. W ostatnim momencie wymanewrował w bok. Lądując, stwierdził, że zaryzykuje. 
- Hestia! Hestia, jesteś w niebezpieczeństwie! - wykrzyknął najgłośniej, jak umiał. Wiedział, że jest dosyć daleko od niego, ale dzięki zastosowaniu swoich umiejętności, miał pewność, że go usłyszy. Niespodziewanie w powietrzu rozległo się wycie. Psie, przerażające wycie. Odwrócił się, przestraszony nie na żarty. Miał prawo się bać - ku niemu zmierzało kilka postaci. Wyszarpnął swój długi, myśliwski nóż. Strażnicy nie byli sami. Prowadzili ze sobą trzy ogromne psiska. Stalodogi. Tylko tego mi brakowało. Dlaczego zacząłem wrzeszczeć jak jakiś idiota?! Strażnicy właśnie spuszczali potwory ze smyczy. Zauważyli czerń. David nie miał już siły uciekać. Praktycznie rzecz biorąc, nie miał siły na cokolwiek. Uśmiechnął się. Właśnie tak chciał umrzeć. Stalodogi pędziły ku niemu. Nie przestając się uśmiechać, w ostatniej chwili wyprysnął w górę. 

7

Woda szumiała lekko w ledwo dostrzegalnym w gąszczu korycie. Hestia wątpiła, by ktokolwiek znał ten strumień - był maleńki, ale za to zawierał krystalicznie czystą wodę. Dziewczyna stwierdziła, że najrozsądniej będzie poruszać się wzdłuż niego. Cały czas była niespokojna. I nieszczęśliwa. Oto w jej życiu pojawił się intruz, który podczas dwóch godzin doprowadził ją chyba do wszystkich stanów. Złość, śmiech, płacz, strach, niedowierzanie, zdziwienie, rozkosz... Mogłaby tak długo wymieniać. Ale było to też zapewne jedyna szansa na rozmowę. Z człowiekiem. Minęło parę lat, od kiedy otworzyła do kogoś usta. Sama była zaskoczona, że nadal umie mówić. Idąc, podgryzała królika. Był pyszny, a ona rzadko jadała mięso. Posilała się tym, co udało jej się znaleźć w lesie, na wysypisku lub podczas sporadycznych wypraw do miasta. Granicy lasu pilnował garnizon Straży, gotowy bez wahania zabić każde Zero. Inne numery naturalnie mogły przebywać w puszczy. Kilka razy w roku szkoły organizowały wycieczki. Był to czas istnie koszmarny. Dzieciaki były wszędzie i Hestia często w ostatniej chwili znajdowała schronienie. Miała ogromne szczęście od... sześciu lat, policzyła w myśli. To już tak długo... Otrząsnęła się. Wiedziała, że rozmyślanie przeszłości skończy się źle. Zatrzymała się; zdecydowała, że odpocznie. Przysiadła na dużej skale stojącej obok. Rozejrzała się czujnie, lecz nie zauważyła niczego niepokojącego. Odetchnęła i zrzuciła z pleców swój tobołek, zamiast tego zarzucając na siebie łuk. Postanowiła wspiąć się na drzewo i wywnioskować z położenia słońca, która jest godzina. Jej anielskie skrzydła spuściła luźno w dół. Ich puste w środku kości tworzące kontur i cienkie jak u nietoperza ''membrany'' porośnięte krótkimi, czarnymi piórkami nie przydawały się we wspinaczce. Były za to niesamowicie wrażliwe. Jak ja, przemknęło jej przez myśl. Ręka, noga, ręka, noga. Przynajmniej wspinać umiała się dobrze. Wkrótce przebiła głowę przez koronę drzew. Westchnęła. Nad miastem unosił się obrzydliwy, szary dym. Ciemne kominy fabryki wyraźnie odcinały się na letnim, błękitnym niebie. Dobrze widoczne były również stosy śmieci na wysypisku. Zaś z drugiej strony... połacie zieleni. Zauważyła bawiące się w powietrzu Numery i zeskoczyła na ziemię, asekurując się skrzydłami. Znajdowała się co najmniej siedem kilometrów od Mineasu i dochodziło południe. Wiedziała, że wlekła się cztery kilometry przez pięć godzin. Racja, że musiała najpierw znaleźć rzeczkę, która nie znajdowała się zbyty blisko jej groty, ale fakt ten wcale nie zmieniał odczuwanego do siebie politowania. Nagle świat zawirował. Poziomki! Przed Hestią rozciągało się pole poziomek. Nie tracąc czasu, rzuciła się do zbierania. Niedługo potem miała zgromadzoną doprawdy pokaźną kupkę. Negatywne uczucia zniknęły. Zastąpiła je dziecięca radość - w końcu miała 15 lat. Pochłaniała owoce bez śladu zażenowania swoim zachowaniem. Pomyślała, że mogłaby tu zostać. Byłoby to najszczęśliwsze kilka dni w jej życiu, bo tylko na tyle starczyłoby poziomek. Ocknęła się. Ktoś jej szuka. Chłopak. Nie ufa mu. Może zrobić jej krzywdę. Wstała. Obmyła ręce i twarz w strumieniu. Wtem poczuła narastający ból. Zerknęła na łydkę. No tak. W całym tym szaleństwie nie zauważyła, że otarła sobie nogę do krwi podczas ''podniebnej wycieczki''. Ach, ta adrenalina. Oczyściła łydkę wodą i z rosnącej nieopodal gołozy zerwała pokaźny liść. Z roztargnieniem opatrywała nogę, wybiegając myślami w przyszłość. Nie zauważyła, że liść nosił ślady krwi. 

wtorek, 11 marca 2014

6

David mknął przez las. Nie przejmował się hałasem, który robił, chociaż był niecały kilometr od miasta. Musiał jak najszybciej znaleźć Hestię. Niedługo wyda się zaginięcie trojga wysokich liczbą Numerów. Dwoje błąkało się po lesie, a trzeci był trupem. Wiedział, że dziewczyna nie za bardzo miała wyjście - musiała się bronić. Inaczej Gnębiarze dogoniliby ją i pobili. Do nieprzytomności. Albo i zabili. Była to jedna z ulubionych zabaw Numerów. Oczywiście Jedynki i Dwójki raczej nigdy nie podjęłyby się czegoś takiego - były w hierarchii niemal tak nisko, jak Zera. Prawie. Oni mieli godność. Godność, pracę, mieszkanie, rodzinę. Mieli do tego prawo. Zera nie miały prawa niemal do niczego. David otrząsnął się. Pędził teraz jedną ze ścieżek Hestii. Widział już w dali zbocze i próbował wypatrzeć kryjówkę Hestii, co wcale nie było łatwe. Przyspieszył. Efektownym ślizgiem wpadł do groty, obcierając sobie jednak ramię. Zaklął głośno. Była pusta. Pod skalną ścianą, w najciemniejszym miejscu kryjówki, walał się niezbyt starannie zamaskowany materac. Chłopak próbował złapać oddech i myśleć. Gdzie podziała się Hestia? Wpadła na to, że musi się ukryć? Na pewno nikt jej nie zabrał ani nie porwał, bo nie starałaby się zamaskować posłania. Rozejrzał się. W kącie dojrzał jeszcze mały stos ubrań. Było oczywiste, że dziewczyna postanowiła się wynieść, ale co było powodem? Warknął rozzłoszczony i wydostał się z jaskini. Miał coraz mniej czasu. I nie mógł ryzykować lotu. Na dodatek nie miał pojęcia, dokąd iść. Nie widząc lepszego wyjścia, postanowił odwiedzić miejsce wczorajszego ,,biwakowania". Skrzywił się. Ukryte pod o dwa rozmiary za dużą koszulką skrzydła wcale nie ułatwiały biegu - wręcz przeciwnie. Poza tym przeraźliwy głód nękał go od wczoraj spazmami żołądka. Potruchtał w znanym mu kierunku. 

niedziela, 9 marca 2014

5

Hestia trwała w pół-śnie przez resztę nocy, która jej pozostała. Targały nią koszmary o mieście, Alice i Felicii. Obudziła się, łapiąc haustami powietrze. Była zlana potem. Wyjrzała ostrożnie z jaskini. Pierwsze promienie słońca dzielnie przedzierały się przez splątaną koronę drzew. Już dawno po świcie, jęknęła w duchu. Złapała manierkę z wodą i gwałtownie wypiła większość płynu. Pomyślała szybko, co musi zabrać. Nie miała dużo dobytku. Chwyciła swój sklecony z jakiegoś grubszego materiału ''plecaczek'', zapakowała do niego koc, parę ubrań na zmianę, manierkę i swój skarb: złoty posążek jakiegoś Numeru, po czym jak mogła ukryła posłanie i resztę ubrań. Krytycznie popatrzyła na efekt końcowy, ale nie miała czasu na poprawki. Podniosła łuk i kołczan. Chwila moment. Kołczan był cięższy niż zazwyczaj. Zajrzała do środka i mimowolnie westchnęła. Na dnie leżały starannie zawinięte w liście dwa kawałki upieczonego królika. Jak on to zrobił..., pomyślała, marszcząc brwi. Mięso nie wydawało się zatrute ani nieświeże, więc powoli robiąca się głodna Hestia postanowiła nie być wybredna. Powoli wyszła z kryjówki. Wyczuliła zmysły, rozejrzała się. Narzuciła na ramiona swoją długą do kostek opończę kryjącą skrzydła i ją samą i rozpoczęła wędrówkę na południe, wgłąb lasu. Nigdy nie zapuszczała się dalej niż pięć kilometrów od miasta - nie było potrzeby. Teraz postanowiła to zmienić. 

4

David szedł przez las. Był zły na siebie, bo zostawił swój lampion w kraterze. To pierwszy powód. Drugim było doprowadzenie dziewczyny, jego pięknej nieznajomej, do takiego stanu. Śledził ją pół roku, codziennie znajdując godzinę lub dwie, aby przemknąć się do puszczy i obserwować ciemnowłosą Zero. Powinien znać ją na wylot, a tu proszę... taka niespodzianka. Nie mogłem przecież przewidzieć, jak się zachowa w relacjach z ludźmi, usprawiedliwiał się. I tak czuł się winny za jej wybuch płaczu.
Wzleciał w górę, najciszej jak się dało. Było ciemno i nie wiedział, gdzie znajduje się miasto. Nie chciał również ryzykować spotkania ze Strażnikami. Przecisnął głowę między małymi, ciasno splecionymi ze sobą gałązkami tworzącymi koronę drzew. Owionął go ciepły, letni wietrzyk. Niebo, bezchmurne, prezentowało kanonadę gwiazd. Miasto znajdowało się po jego lewej. Dym, nawet teraz wydobywający się z fabryki leków i innych rzeczy widocznie odcinał się szarym pasmem na granatowym tle. Westchnął, upajając się widokiem, i wrócił na dół. Podjął wędrówkę, ale nadal szedł niemal po omacku - drzewa szczelnie zasłaniały niebo. Nie było żadnego światła. Omal dostał zawału, gdy na coś wpadł. Pospiesznie wydukał jakieś słowo i nad jego ręką rozbłysło mętne światło. Jęknął. To, co stanowiło jego przeszkodę, okazało się trupem. Trupem młodzieńca. Młodzieńca o numerze Osiem. W jego udzie tkwiła na pół wyszarpnięta strzała. Obok ciała utworzyła się mała kałuża krwi. Oj...

piątek, 7 marca 2014

3

Puszcza w większości miejsc była płaska. Żadnych wzniesień czy dolin. Było jednak kilka nietypowych miejsc, a Hestia znała większość z nich. Kiedy powiedziała więc cicho ,,stop'' po kilkunastu minutach czujnej wędrówki, należało posłuchać jej natychmiast, lecz chłopak nie uznawał czyichś poleceń czy rozkazów. Wpadł w rozpadlinę. 
- O rany, nie! - jęknęła dziewczyna. Pół metra przed nią rozciągał się szeroki, stromy krater. Bardzo stromy. 
- Nic mi nie jest - wydukał nieznajomy, unosząc się kilka metrów niżej. Hestia prychnęła i spłynęła zgrabnie na dół. 
- Drewno?
- Tam leży. - wskazała mu kąt za dużym głazem. Obcy ze zdumieniem pokiwał głową: z góry nie dało się zauważyć pokaźnego składu opału. Wkrótce nad ogniskiem piekło się smakowicie pachnące mięso. Dziewczyna ostrzyła swój nóż. 
- Jak masz na imię? - rzuciła jakby od niechcenia. 
- David. A ty?
- Jestem Hestia. Westchnęła, po czym odłożyła ostrzałkę obok siebie. Ostrze niebezpiecznie błyskało w jej dłoni. Zmierzyła chłopaka wzrokiem. 
- Dlaczego mnie śledzisz? - chciała, aby zabrzmiało to hardo, lecz usłyszała trwożnie wyjąkane pytanie. Tak naprawdę bała się wszystkich ludzi. David uśmiechnął się. 
- No, nie powiem, zaintrygowałaś mnie. Bezbronna niewiasta - dziewczyna ostrzegawczo uniosła nóż - okej, może nie taka bezbronna, błąkająca się po lesie, usiłująca upolować obiad... Od pół roku dręczy mnie jedno pytanie... Dlaczego nie mieszkasz w mieście? Narażasz się tylko Strażnikom, wiesz, że my nie możemy się choćby zbliżać do lasu. No więc? - Hestię przeszył ból. Wspomnienia, które próbowała zagłuszać, wróciły z pełną siłą. Uświadomiła sobie, jak bardzo jest słaba i podatna na zranienia. To się chyba nazywa wrażliwość, przemknęło jej przez myśl. Nie. To było coś gorszego. Jestem tchórzem. Głupim, boiliwym tchórzem. Nie mogła dłużej powstrzymywać łez. Zaczęła gwałtownie szlochać. 
- Ej, co jest? Hestia... - chłopak chciał ją przytulić, ale chwyciła nóż, odskakując. 
- Nie... nie zbliżaj się do mnie... - wydukała płacząc, ale chwilę później się poddała, odrzuciła sztylet i pozbyła się resztek maski. Maski, pod którą kryła swoją prawdziwą twarz. Padła na ziemie. David dopadł do niej w jednej chwili. 
- Spokojnie, co się stało? Hestia... - wymruczał jej do ucha, wywołując u niej dreszcze na całym ciele. Dlaczego to przeklęte Zero tak na mnie działa?, ofuknęła się w myślach. Mimo to wtuliła się w jego podziurawioną koszulkę. Po paru minutach uspokoiła się. Ucichła. 
- Tak w ogóle to... królik nam się spala - szepnął chłopak. Mimowolnie się roześmiała. Odgarnęła swoje czarne jak smoła włosy i otarła łzy. Podczołgała się do ogniska. 
- Przepraszam. - bąknęła, patrząc w ogień. 
- Nie masz mnie za co przepraszać. - odpowiedział David po chwili. - Masz dwa oblicza. Zrobiłaś się jeszcze bardziej intrygująca. Hm, chyba jest gotowy. - wziął nóż Hestii i poćwiartował mięso. - Proszę. - podał jej kawałek. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo. Jedli w ciszy. 
- Muszę iść. - zakomunikowała w końcu Hestia. 
- Odprowadzę cię. 
- Wiesz też gdzie mieszkam? - zapytała płaczliwie. 
- Ej - rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. - Nie rozklejaj mi się tutaj. Tak, wiem. - mierzyli się wzrokiem. 
- Nie ufam ci. - przyznała w końcu szczerze. 
- Nie zaznałaś dużo dobroci od bliźnich, prawda? - spojrzenie dziewczyny powędrowało jakoś w bok. - No dobrze. Nie ma sprawy. - zdeptał ognisko i zgasił swoją latarenkę. - Do zobaczenia. - w nagłej ciemności Hestia mogła tylko usłyszeć dwa machnięcia skrzydeł. Po omacku podeszła do ściany kanionu, wymacując linę. Znalazłwszy ją, wspięła się na górę. Hałas był niepotrzebny. Mógł kogoś zwabić. Kiedy przyzwyczaiła oczy do mroku, pognała znaną tylko sobie ścieżką. Znała ten teren na pamięć. Ból w czaszce wcale nie zelżał, ale najważniejsze było to, że wciąż żyje i jest syta. Nagle zdała sobie sprawę, że to ona zjadła całego królika. David nawet go nie tknął. Rewelacyjnie. Pewnie mnie otruł. Nie czuła się jednak źle, na razie wszystko było w porządku. Nie wiedziała, co sądzić o chłopaku. Działał na nią nietypowo. Chociaż... nie była pewna, czy przy kimś innym by się nie rozpłakała. 
- Oferma i tyle! - mruknęła. To był zarazem najlepszy i najgorszy dzień jej życia. Chociaż nie najgorszy, poprawiła się w duchu. Nadal nie najgorszy...
Dobiegała do domu. Do jej dzikiego schronienia, które sama zamaskowała. Była to grota, przylegająca do niezbyt stromego wzniesienia. Kiedy odkryła jaskinię, była to szara skała, ale dzięki jej staraniom teraz, patrząc w dzień, pieczara pokryta była najróżniejszą roślinnością, trawą, a nawet małymi drzewkami. Małe i ciasne wejście starannie zasłonięte było lianami. Pomimo niedużych rozmiarów groty, w środku było stosunkowo dużo miejsca. Dziewczyna mogła się wyprostować, co najważniejsze. Rzuciła łuk i kołczan pod skalną ścianę i padła na swoje ,,łóżko''; był to stary materac jakimś cudem znaleziony na śmietnisku i przyciągnięty tutaj, dziurawa poduszka z miasta i chuderlawy koc. Już miała zasypiać, ale podświadomość nie dawała jej spokoju. Wiedziała, że pominęła coś ważnego, coś, co powinno ją zaniepokoić. Niespodziewanie doznała olśnienia. Do zobaczenia. David na pożegnanie powiedział ,,,do zobaczenia''. Czyli musi się stąd wynieść do świtu. 

czwartek, 6 marca 2014

2

Była noc. Hestia wyczuła to, zanim otworzyła oczy. Wcale nie wiedziała, czy chce je otwierać. To, co zobaczy, może nie być przyjemne. Była przekonana, że nie będzie. Poczuła ostry ból w tyle głowy. Raz kozie śmierć, przemknęło jej przez myśl. Uniosła powieki. Musiała przyzwyczaić wzrok do ciemności. Po chwili dojrzała sylwetkę siedzącego człowieka. Myśl. Skoro pomimo nocy nie rozniecił ogniska, nie może być Gnębiarzem. No chyba, że to podstęp. Ale istniał cień szansy, że nie chce jej zmasakrować. Poćwiartować. Albo spalić. Dręczyciele Zer mieli bogatą wyobraźnię. Jednym słowem, może to być jej sprzymierzeniec. Może nawet mądry. Drgnęła i ból natychmiast się nasilił. Nie jęknęła, chociaż miała na to dużą ochotę. Nieznajomy również się poruszył. Hestia postanowiła czekać na rozwój wydarzeń. 
- Hej. - a więc mężczyzna. Świetnie.
- Hej. - usłyszała swój zachrypnięty głos. 
- Nie bój się. Też jestem Zerem. 
- To niczego nie zmienia. - odparowała sucho. 
- Cóż... - obcy po coś sięgnął. Usłyszała syk podpalanej zapałki. Super. Po prostu bomba. A jednak kretyn. Zapalił świeczkę w szklanym lampionie. Dziewczyna zobaczyła wiele rzeczy na raz. Chłopak, bo nie liczył sobie więcej niż osiemnaście lat, przyjaźnie na nią patrzył. Z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Miał zmierzwione, brązowe włosy, czarne skrzydła i królika w ręce. Pomyślała, że to zmienia wszystko. 
- Jesteś pewna? - szepnął, rozbawiony. Potrząsnął zwierzęciem.
- Zgaś to, albo zaraz zleci się tu stado Strażników. 
- Jesteśmy w środku lasu.
- To niczego nie zmienia. 
- Powtarzasz się. - chciała mu przywalić. Niestety, trzymał jedzenie w ręce. Dźwignęła się na nogi. 
- Gdzie mój łuk i strzały? - wyjąkała z przerażeniem. 
- Tutaj - szepnął teatralnie obcy, naśladując jej ton głosu. Popatrzyła na niego z niechęcią. 
- To ty zrobiłeś coś z Gnębiarzami? - spytała po chwili. 
- Owszem. 
- I ty na mnie wpadłeś. 
- Poprawka: to TY na mnie wpadłaś. 
- I przez ciebie byłam nieprzytomna pół dnia. - podszedł do niej. Hestia cofnęła się, ale on złapał ją za ramię i wyszeptał jej do ucha:
- Dzięki mnie jeszcze nie jesteś martwa. - odsunął się, napotykając rozzłoszczone spojrzenie dziewczyny. 
- To co zrobimy z tym królikiem? - znów uśmiechnął się szelmowsko. 
- Torturujesz mnie. Nie jadłam nic przez dwa dni. 
- Wiem. Śledzę cię pół roku. - zamknął jej usta. Wpatrywała się w niego z mieszanką zdziwienia, przerażenia i niedowierzania w oczach. 
- Niemożliwe. Przecież... byłam taka ostrożna...
- Och, nie przejmuj się. Nieoficjalnie skradam się najlepiej ze wszystkich. Um... jemy tu czy znasz lepsze miejsce? 
- Chodź. - mruknęła zrezygnowana. Chwyciła łuk i kołczan ze strzałami i powlekła się w stronę swojej kryjówki. Chłopak z chichotem podążył za nią. 

1

Zielona strzała wbiła się w drzewo. Spłoszona kuna umknęła między krzaki. Hestia westchnęła. Ciekawe, kiedy w końcu upoluję obiad. Nie była zbyt dobrą strzelczynią. Tak naprawdę nic nie robiła na tyle dobrze, by być z tego zadowolona. Rozejrzała się i rozluźniła. Szybko i niemal bezgłośnie pomknęła do drzewa i wyszarpnęła strzałę z kory. Wtem usłyszała głośny, dziewczęcy śmiech. Natychmiast spojrzała w stronę, z której dochodził dźwięk. Serce załomotało jej w piersi. W jej kierunku zmierzały trzy postacie. Były daleko, ale wokół nie było żadnej kryjówki. Skoczyła za drzewo. Głosy ucichły. Zaryzykowała spojrzenie przez ramię. Numery przyspieszyły, idąc w jej stronę. Dwóch chłopaków, jedna dziewczyna. Ósemki. Usłyszała, że biegną. Nie miała wyjścia. Chwyciła kołczan i pognała przed siebie. Jej opończa w kolorach lasu łomotała za nią szaleńczo. Wiedziała, że ma marne szanse. Wzbiła się w powietrze, jednocześnie naciągając łuk. Machnęła swymi czarnymi jak noc skrzydłami i strzeliła. Niewiarygodne, pomyślała, gdy pocisk wbił się w udo oprawcy. Rozległ się przeraźliwy krzyk i chłopak upadł. Hestia wylądowała. Pozostała dwójka na moment zamarła w miejscu. W ręku okrutnie rudej Ósemki zalśnił nóż. Przeniosła wściekły wzrok na dziewczynę. Oj. Pogoń rozpoczęła się na nowo. Gnębiarze, bo tak byli określani, wznieśli się w powietrze. Zrozpaczona Hestia działała instynktownie. W momencie, gdy połyskujące ostrze miało pozbawić ją głowy, schyliła się nisko, zahamowała i pobiegła w bok. Ruda i jej wspólnik nie wykazali się wybitnym refleksem. Zorientowali się dopiero po paru sekundach. Zapewne myśleli, ze pójdzie im łatwo. 
Hestia opadała z sił. Nie jadła nic od dwóch dni, a Gnębiarze byli dobrze odżywieni. Nagle usłyszała dobiegający z góry głos. 
- Padnij! Szybciej! - polecenie nie wydawało się być podstępem, więc czym prędzej zrobiła nura w kępę paproci. Usłyszała cichy syk, a potem zdezorientowane głosy jej oprawców. Podniosła się. Na gałęzi siedział jakiś chłopak. Nie zastanawiając się długo, zaczęła biec dalej. Nie słyszała, żeby nieznajomy ją gonił. Spojrzała za siebie. Kątem oka dostrzegła latających w chaosie prześladowców. Jakby... Stracili wzrok. Odwróciła głowę. Zdążyła dojrzeć jakiś materiał, a potem mocno w coś uderzyła. Padła ciężko na ziemię, ale to 'coś' jej nie puszczało. Odepchnęła się, usiłując wzbić się w powietrze. Wyrwała się, ale nadal nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Niespodziewanie poczuła kolejne uderzenie, tym razem w głowę. A potem nie czuła już nic.