poniedziałek, 31 marca 2014

12

Miriam siedziała na dachu fabryki, wygrzewając się w popołudniowym słońcu. Była ukryta za wpół zawalonym kominem, nie przejmowała się więc, że ktoś ją zobaczy. Lato było najlepszym czasem dla Zer; było ciepło, więc nie musiały szukać schronienia przed zimnem ani ubrań. Niestety był jeden minus: pokarm wyrzucany na śmietnik, jedyne źródło pożywienia czarnoskrzydłych, szybko się psuł. Łagodny powiew wiatru musnął jej popielate włosy. Uśmiechnęła się. Pogoda była idealna. Sięgnęła po dwie kromki chleba, zdobyte w mieście. Aż dwie, pomyślała. To będzie prawdziwa uczta. Zaczęła powoli rzuć pierwszy kawałek pieczywa. Wiedziała, że gdy głodny od kilku dni człowiek rzuci się na jedzenie, dostaje wrzodów. A wtedy już nie ma ratunku. Dlatego, choć miała ochotę pochłonąć całą kromkę na raz, cierpliwie ją przeżuwała. Westchnęła cicho. Nie wiedziała Davida przed cały dzień. Zwykł znikać na dłużej i zawsze wracał, ale i tak się o niego martwiła. Czasami bardziej niż Cynthia, jego opiekunka i matka. Kończąc posiłek, wstała i powlokła się ku schodom awaryjnym. W zamierzchłych czasach w fabryce piętra pokonywało się windą, teraz we wraku zakładu nie było elektryczności, a winda została wymontowana. Leniwie człapała po schodach. Oprócz niej w opuszczonej fabryce mieszkało kilkadziesiąt innych Zer. Miriam naliczyła kiedyś czterdzieści parę, ale ta liczba szybko ulegała zmianie. Ktoś odchodził, ktoś przychodził. Zera umierały i rodziły się przez cały czas. Mineas nie był jakimś ogromnym miastem, ale większości Numerom żyło się tu bardzo dobrze, dlatego chętnie zakładały one rodziny. Nie było ulicy, na której nie bawiłoby się co najmniej kilkoro dzieci. Ale gdy rodziło się Zero... Była to kompromitacja dla całego rodu. Noworodki najczęściej wyrzucano na bruk, gdzie zazwyczaj ginęły. Niektóre jednak dożywały wieku dorosłego, dzięki opiece ze strony starszych i doświadczonych czarnoskrzydłych. Najgorszym problemem było mleko i zapalenia skóry z powodu małej dostępności środków higienicznych. Skóra małych dzieci była bardzo wrażliwa. 
Rozmyślając o dzieciakach, dziewczyna dotarła do swojego prywatnego kąta. Każde Zero było uczciwe i kierowało się honorem, dlatego nie bała się, że ktoś jej cokolwiek ukradnie. Jej ''mieszkanie'' znajdowało się na piątym piętrze. Było to pomieszczenie o powierzchni jakichś 20 m2. Miriam zawsze zastanawiała się, do czego mogło służyć. Nie było tu żadnych szczątków maszyn, taśm produkcyjnych, w sumie kiedy znalazła swój nowy ''pokoik'' jako dziecko, był on kompletnie pusty. W tym momencie jego połowę zajmowały jej rzeczy. Drugą częścią pokoju rozporządzała Hannah. 
Hannah była wysoką, arogancką blondynką. Włosy ścięła do wysokości uszu, aby jej nie przeszkadzały oraz uwydatniały kości policzkowe i dosyć ładne, brązowe oczy. To znaczy, aktualnie były brązowe. Ich barwa zmieniała się w zależności od pory roku, jej nastroju, pogody, koloru ubrania... zazwyczaj były szarozielone. Brąz był rzadkością, dlatego Miriam się zdziwiła. 
- Dlaczego masz dzisiaj brązowe oczy? - spytała nieśmiało, usadawiając się na zdemolowanej kanapie. 
- A dlaczego słońce świeci? Nie wiem, dziecko - mruknęła, wydychając dym. Była nałogową palaczką. Dziewczyna zdążyła się już przyzwyczaić, ale mimowolnie odkaszlnęła, kiedy opary dotarły do jej nosa. 
- Jadłaś coś dzisiaj? - spytała ponownie. 
- Pewnie. Upolowałam wpół zgnite jabłko. - odparła tamta, tym razem żartobliwie. 
- Masz. - Miriam rzuciła wprost w jej ręce kromkę chleba. 
- Dzięki, dziecko. - Hannah przyjęła podarunek z wdzięcznością. - A ty? Co jadłaś? 
- Dwie takie - wskazała na pieczywo - i kawałek kurczaka. Poszczęściło mi się - uśmiechnęła się słabo. 
- Po weekendzie jest najlepsze żarcie. - stwierdziła blondynka, zabierając się do jedzenia. Połknęła kromkę w parę sekund. W odróżnieniu od Miriam, nie przejmowała się żadnymi wrzodami. Dziewczyna westchnęła. To się dla niej kiedyś źle skończy. Hannah otępiale gapiła się w jedno z dwóch okien, zimą zasłanianych czymkolwiek się dało - oczywiście nie miały szyb. Teraz wisiały tam tylko lekkie zasłonki, chroniące przed palącym słońcem i od czasu do czasu poruszane podmuchami wiatru. Rozciągnęła się na kanapie i zaczęła nucić piosenkę, którą dawno temu wymyślił dla niej David. Byli dla siebie jak rodzeństwo. Miriam jednak to nie satysfakcjonowało. 
- Zamknij się, przecież widzisz, że myślę - burknęła jej współtowarzyszka. 
- No tak, widzę te trybiki powoooli obracające się w twojej głowie - wymruczała z przekąsem w odpowiedzi. Hannah obdarzyła ją długim, nieprzyjaznym spojrzeniem, ale gdy odwróciła wzrok, dziewczyna dojrzała na jej twarzy cień uśmiechu. Roześmiała się głośno. Palaczka bywała czasem nieznośna, ale i tak ją lubiła. Było cudownie. 

1 komentarz:

  1. Ciekawi mnie co się stało z Hestią... możesz w miarę szybko napisać? plossssee ^^

    OdpowiedzUsuń